Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
104 posty 1129 komentarzy

Milton Ha

Milton Ha - kRaj widziany z pozycji horyzontalnej. Niech nikogo nie zmyli ten opis. To nasz kRaj, bo nasz kRaj, to taki k.. Raj, że aż trudno uwierzyć w istnienie innego pępka świata.

Obyś własnych dzieci sam nie musiał uczyć!

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

                  Obyś własnych dzieci sam nie musiał uczyć!

 
Czyli prawda o nauczycielskim eldorado, które się właśnie kończy, jak donosi „Dziennik Gazeta Prawna”.
 
Powodowany świętym oburzeniem oraz idiotycznym i tendencyjnym tekstem w gazecie „Dziennik Gazeta Prawna” i zamieszczony jako notka pod tytułem „Koniec nauczycielskiego eldorado" na http://www.dziennik.pl/ w notce Artura Radwana, którą czytelnik może znaleźć tutaj: http://nauka.dziennik.pl/edukacja/artykuly/323958,koniec-eldorado-nauczyciele-traca-przywileje-i-prace.html, publicysta „Mirek” , z zawodu, jak mniemam z tekstu, polonista na etacie w liceum, w swojej notce http://mirek.nowyekran.net/post/4852,eldorado-polskich-nauczycieli, w krótki acz przemawiający do czytelnika sposób, rozprawił się po trosze ze stereotypem o „eldorado polskiego nauczyciela”. Z tą samą misją obrony nauczycieli, wystąpił wcześniej, na łamach organu związkowego „Głos Nauczycielski”,  prezes ZNP Sławomir Broniarz, który w swoim liście skierowany do redakcji „Dziennika Gazety Prawnej” i autora artykułu, odpowiedział merytorycznie na bzdury wypisywane przez dziennikarza. List można przeczytać na portalu http://www.glos.pl/, w artykule zatytułowanym: http://www.glos.pl/node/2595.
 
         Zarówno Artur Radwan z „dziennika Gazety Prawnej” jak i Sławomir Broniarz z ZNP, skupili się na zagadnieniu dotyczącym głownie ekonomii i rentowności (sic!) szkolnictwa jako takiego, przerzucając się argumentami, o tym, czy trzeba czy nie trzeba dokonywać likwidacji szkół oraz jak to wpłynie na ilość pieniędzy jaka zostanie „przejedzona” w oświacie, przez deficytową, bo jakże by miało być inaczej, dziedzinę „gospodarki”. Rzeczywiście, gdyby traktować szkolnictwo podstawowe, na które składają się przedszkola, szkoły podstawowe, gimnazja i szkoły średnie, tak samo jak inne dziedziny gospodarki, to należałoby szkoły zamknąć na cztery spusty jeszcze zanim zostały wybudowane. Można oczywiście spierać się o łączny koszt utrzymywania szkół i zatrudnienia nauczycieli, które mogą być wyższe lub niższe i powinny w jakimś stopniu falować w rytm demografii i aktualnego zapotrzebowania na kształcenie, jednak tak jak w każdej dziedzinie, pewne koszty są stałe i takie pozostaną choćby się nie wiem jak starali najlepsi ekonomiści świata.
 
Pobożne życzenie rządu, ministra finansów i ministra edukacji, aby dało się tak elastycznie i tak szybko reagować w dziedzinie finansowania szkolnictwa, jak szybko faluje demografia, zarówno w zakresie liczby uczniów jak i ich chwilowego zagęszczenia na mapie kraju, jest mrzonką, taką samą jak to, że da się szybko zmieniać ilość elektrociepłowni w Polsce w okresie letnim i zimowym, kiedy to zapotrzebowanie na ciepło drastycznie się różni. Otóż nie da się. Z tego samego powodu nie da się likwidować szkół i zwalniać nauczycieli a następnie tych szkół ponownie budować a nauczycieli ponownie zatrudniać stosownie do zmian w demografii. Są dwie zasadnicze przesłanki, że tak się zrobić nie da.
 
Po pierwsze dlatego, że każda zlikwidowana szkoła, jako budynek, jeśli na szczęście nie zostanie zburzona, to zwykle przejdzie pod zarząd innego właściciela i zostanie przeznaczona do innego wykorzystania więc jej odzyskanie w sytuacji zmiany demografii będzie trudne i rozciągnięte w czasie znacznie dłużej niż czas potrzebny na zaradzenie tej sprawie. Stąd będzie trzeba budować nowe szkoły a to i trwa i kosztuje niemało.
 
Po drugie dlatego, że dyrektor szkoły, postawiony przez koniecznością zwolnienia nauczycieli z powodów demograficznych, tak będzie kombinował, że zwolni nauczycieli z dwóch grup. Jako pierwsi „pod nóż” pójdą nauczyciele, którzy są tuż przed emeryturą, o ile kwalifikują się na emeryturę wcześniejszą. W drugiej kolejności dotknie to nauczycieli młodych, niedoświadczonych czy wręcz stażystów, bo ich, brzydko mówiąc, „wydajność zawodowa” jest znacznie mniejsza niż doświadczonego nauczyciela w średnim wieku, który, prócz tego, że uczy, obarczony jest w szkole wieloma dodatkowymi zajęciami, których młody nauczyciel z pewnością nie „pociągnie”. Choćby takie apele, zastępstwa, wycieczki, szkolenia, nauczanie indywidualne itd. itp. Mogę sie jednak mylić, bo jeśli pójdzie "po linii pieniędzy", to wywali tych najlepiej zarabiających, aby mu się budżet "domknął".
 
Skutkiem tego co wyżej, będzie sytuacja taka, że w momencie zmiany demografii nie będzie na rynku dodatkowych, gotowych do podjęcia pracy nauczycieli. Starzy nauczyciele już będą na emeryturze i niańczyć będą wnuki, bo za swoje nauczycielskie emerytury po żadnych Seszelach, Egipcie czy Tajlandii włóczyć się szans nie będą mieli. Młodych nauczycieli nie będzie, bo zwolnieni z pracy i zrażeni do zawodu pójdą sobie w cholerę szukać swego szczęścia w innym zawodzie. I dobrze, bo młody człowiek zaczynający pracę w zawodzie nauczyciela ma szansę na gówniane zarobki (1100 zł/m-c), stres i chorobę zawodową w ciągu najbliższych 10 lat, ale na to, żeby się dorobić, szanse ma również gówniane.
 
Oczywiście jest jakaś szansa, że wśród 20% bezrobotnych znajdą się, w sytuacji zmiany demografii, bezrobotni nauczyciele. Może nawet znajdą się chętni do ponownego wejścia w to bagno, zapominając o tym jak instrumentalnie potraktowano ich, kiedy nie byli potrzebni. Jednak byliby skończonymi idiotami, gdyby do tego czasu nie zajęli się czymkolwiek innym, choćby na czarno, co by im przyniosło więcej dochodu niż marne 1100 zł/m-c w zawodzie nauczyciela.
 
Tyle chciałem powiedzieć w kwestii uzupełnienia wypowiedzi publicysty „Mirka” i Sławomira Broniarza z ZNP, jaka pojawiła się w związku z tekstem redaktora Marka Radwana. Jednak to nie jest wszystko co chciałby w tej sprawie powiedzieć, biorąc pod uwagę inne aspekty zawodu nauczyciela, oraz to, jak nauczyciele są za tę pracę wynagradzani.
 
Pierwszy mit, z jakim mam zamiar się rozprawić, to mit czasu pracy nauczycieli. Aktualnie obowiązujące pensum nauczyciela to 40 godzin tygodniowo, czyli tyle, ile mają wszyscy pracujący. Jednak w tym pensum, 18 godzin to zajęcia ściśle dydaktyczne, czyli z kredą przy tablicy (gdzieniegdzie już nawet nie z kredą ale ze wskaźnikiem i przy tablicy elektronicznej), plus dwie godziny tzw. dyrektorskie do dowolnej dyspozycji dyrektora czyli np. na niepłatne zastępstwa itp. Pozostałe 20 godzin tygodniowego czasu pracy nauczyciel ma pozostawać w dyspozycji dyrektora i wykonywać wszystkie inne, dodatkowe obowiązki, które są związane z procesem nauczania w szkole. I tylko w przypadku, gdy nauczyciel otrzyma polecenie pracy dydaktycznej, czyli zastępstwa, powyżej wypracowanych obowiązkowych 20 godzin, dyrektor jest zobowiązany zapłacić temu nauczycielowi za nadgodziny, w takim wymiarze ile tych dodatkowych godzin przy tablicy wykona. Wszystkie inne prace zlecane przez dyrektora lub wykonywane samodzielnie, ale niebędące ścisłą dydaktyką, są liczone jako praca na etacie i wynagrodzenie za nie jest zawarte w wynagrodzeniu podstawowym.
 
Pytanie dręczące ciekawych oraz nie dające spać odsądzającym nauczycieli od czci i wiary krytykom, to pytanie następujące: Co robi nauczyciel w pozostałym czasie pracy i ile czasu mu to zajmuje?
 
Ponieważ nikt do tej pory, poza ZNP wyrywkowo, nie robił takich badań, ministerstwo, w poszukiwaniu oszczędności i w nadziei, że znajdzie czas, który nauczyciele marnują dłubiąc w nosie albo pijąc kawkę i siedząc na pogaduchach z innymi nauczycielami, zleciło właśnie rozpoczęcie kosztownego i w swych założeniach dobrego, ale w swej realizacji beznadziejnie zaprojektowanego, programu badania czasu pracy nauczycieli. Będzie to typowa fotografia dnia pracy, wykonywana standardowo jak w przypadku innych stanowisk, ale, o kuriozum, ponieważ nie da się postawić obserwatora przy każdym obserwowanym nauczycielu, obserwację mają przeprowadzać sami obserwowani. WOW!. No to ja już widzę te wyniki pomiarów. Okaże się, że nauczyciele to „stachanowcy” pracują po 60 godzin tygodniowo, i w ogóle są tak zapracowani, że hej. Możliwa też jest druga skrajność. Wybierze się do badania nauczycieli „odpowiednich”, którzy, równie uczciwie jak poprzednicy, wypełnią te arkusze i wyjdzie czarno na białym, że mamy o 50% nauczycieli za dużo, bo tym razem, nam z rządu, nikt nie udowodni, że białe jest białe a czarne jest czarne.
 
Mam w związku z tym znacznie prostsze rozwiązanie. Wystarczy poprosić małżonków nauczycieli różnych przedmiotów, aby sami zrobili fotografię dnia swych towarzyszy życia. Po pierwsze, jeżeli nie będą uczciwi, wyjdzie na to samo co w poprzednich badaniach a koszty będą zerowe. Jeżeli jednak będą uczciwi, to przy zerowych nakładach, rząd dowie się bezpośrednio od osób najbardziej zainteresowanych, ile czasu poświęca członek ich rodziny i na co, przynosząc w zamian tak strasznie wysokie wynagrodzenie. Przy okazji rząd może się wtedy dowiedzieć, co członkowie rodziny nauczyciela myślą o tym wszystkim, w tym tego, co za zarobione pieniądze mogli sobie ostatnio kupić oraz na co odłożyć oraz kiedy ostatnio i gdzie byli cała rodziną na wspólnych wakacjach.
 
Aby zaoszczędzić rządowi tych wydatków postanowiłem, że zrobię fotografię czasu pracy mojej małżonki, polonistki w szkole podstawowej, z dwudziestopięcioletnim stażem pracy i stopniem nauczyciela dyplomowanego. Na koniec podam jeszcze uczciwie ile żona przynosi do domu i skąd się w wyliczeniach rządu wzięła kwota 4500 zł wynagrodzenia mojej żony. Nie będę zaś pytał rządu ani żony gdzie są te pieniądze, bo żonie ufam a rządowi nie, i wiem, że nikogo na boku nie ma a na ciuchy, kosmetyki i wódę wydaje tyle, co kot napłakał.
 
Zacznijmy od czasu pracy mojej żony. Aby nie zanudzać Państwa wyłuszczeniami, podaję zestawienie w formie tabeli. Wynika z niej niezbicie, że moja żona, nauczycielka języka polskiego, poświęca na pracę w szkole, w przeliczeniu na 46 tygodniowy rok pracy, czyli taki sam jak mają wszyscy zatrudnieni, 50 godzin tygodniowo, czyli więcej niż przeciętnie. Łącznie bowiem przepracowuje ok. 2300 godzin rocznie. Biorąc pod uwagę, że pracuje tylko 40 tygodni w roku, bo reszta to te niezasłużenie długie wakacje, ferie zimowe i dwukrotne ferie świąteczne, średnio tygodniowo pracuje 57,5 godziny. Mało? W takim razie zapraszam do szkół. Wychodzi bowiem na to, że moja żona pracując średnio rocznie o ok. 10% więcej niż inni a de facto, w okresie dziesięciu miesięcy roku szkolnego pracując prawie o 35% więcej niż inni, zarabia tak straszne kokosy, że nic tylko być nauczycielem.
 
 

 
W takim razie przejdźmy teraz do tych kokosów, które zarabia za ten wysiłek moja żona (wynagrodzenie mojej żony,po ostatnich podwyżkach - patrz dane w tabelce dla SP Bydgoszcz).
        
http://m.nowyekran.net/4ebb8b4bfe227b32690d07287324b7ee,0,0.jpg
 
Wychodzi z tego, że za swoje 50 godzin w tygodniu czyli ok 200 w miesiącu (w przybliżeniu), dostaje 4003 złote brutto czyli 2855 na rękę i jest to średnio za jedną roboczogodzinę odpowiednio ok. 20 złotych brutto albo 14 złotych netto (na rękę). Jednak moja żona ma szczęście, bo długo pracuje, ma dużą wysługę lat, ma nagrody jubileuszowe, nadgodziny, jest dobrym pracownikiem więc ma dodatek motywacyjny, ma też wychowawstwo i choć nie jest nauczycielem wiejskim, ma się dobrze. Tak dobrze jak inni zarabiający tyle samo na rękę, czyli wszyscy zarabiający poniżej średniej krajowej. Gorzej ma nauczyciel dyplomowany z mniejszym stażem i mniej doceniany przez dyrektora, który minimalnie może zarobić tyle, ile widać w tabeli w ostatniej kolumnie. Żeby dopełnić tego obrazu, powiem tylko, że nauczyciele młodsi i niższym stopniem naukowym a szczególnie stażyści, zarabiają nawet dwukrotnie mniej.
 
Patrząc na zarobki mojej żony i porównując je uczciwie z zarobkami innych osób, które pracują równie ciężko na etacie w jakiejkolwiek firmie czyli pracujących po 230 godzin miesięcznie, nie mówię, że zarabia mało, ale kokosy to raczej nie są i wszelkie insynuacje, że jest inaczej to bzdury wyssane z palca oraz kłamliwa propaganda mediów dmących w rządową tubę i robiących ludziom wodę z mózgu. Patrząc na zarobki urzędników, opłacanych przez ten sam budżet, którzy pracują mniej a zarabiają więcej uważam, że albo oni zarabiają za dużo albo moja żona za mało. To samo uczucie mam wtedy, kiedy porównuję pracę i wynagrodzenie mojej żony z wynagrodzeniem i czasem pracy nauczycieli mniej obciążonych pracą, nauczających mniej czasochłonnych przedmiotów, jak choćby plastyka czy zpt. Co więcej, teraz, po tych analizach, wiem dlaczego nauczyciele mają tyle wolnego? Ano po to, żeby ich przeciętny czas pracy był chociaż zbliżony do tego, co wypracują zwykli pracownicy biurowi pracujący 42,5 godziny tygodniowo i 176 godzin miesięcznie ale przez 46 tygodni w roku. Tymczasem moja żona pracuje znacznie ciężej, co wykazałem w obliczeniach, choć ”tylko” 40 tygodni w roku. Dlatego oświadczam, że każde dalsze udowadnianie jak to nauczyciele mają dobrze proszę sobie darować i między bajki włożyć. Nikt nauczycielom za darmo pieniędzy nie rozdaje, choć słuchając rządu i TVN24 oraz czytając onet.pl i „Dziennik Gazetę Prawną”, można by dać się na takie obliczenia nabrać.
 
Jest jeszcze jeden aspekt pracy w szkole pomijany systematycznie. Jest tym uciążliwość warunków pracy. Hałas na przerwie w szkole podstawowej, przekracza czasami próg bólu czyli 130 dB, stale zaś osiąga spokojnie 110 dB. W szkołach, gdzie używa się jeszcze kredy, a są takie nawet w dużych miastach, nauczyciele cierpią na schorzenia dermatologiczne oraz astmę spowodowaną narażeniem na pył z kredy. Powszechne schorzenia narządów ruchu i schorzenia kręgosłupa czy pochodne, związane są z pracą na stojąco, choć wszystkim naiwnym wydaje się, że nauczyciel to siedzi za biurkiem a jedynym, który na lekcji stoi to jest uczeń przy odpowiedzi lub uczeń przy tablicy. Chroniczne i przewlekłe schorzenia narządów mowy, chrypka, bezgłos, rak krtani i nagłośni to schorzenia znacznie bardziej częste u nauczycieli, nadużywających aparatu mowy, niż przeciętnie w innej grupie zawodowej. Dodajmy do tego nerwice a czasem nawet schorzenia psychiczne spowodowane dużym stresem i coraz większą odpowiedzialnością, to mamy pełny obraz.
 
Na koniec jeszcze jedna łyżka dziegciu do tej rządowej beczki miodu i złotego nauczycielskiego eldorado. Może sprawa najważniejsza. Wraz z kolejnymi reformami w szkolnictwie, coraz mniej czasu pozostawiono nauczycielom na uczenie uczniów, przy prawie tym samym materiale obowiązkowym, coraz więcej scedowano na nich roboty papierkowej, sprawozdawczej czy pracy wychowawczej, która normalnie powinna się, w głównej mierze odbywać w domu rodzinnym. Jednak rodzice, tłumacząc się zapracowaniem albo nie tłumacząc się wcale, a najczęściej z powodu swojego wygodnictwa i lenistwa, scedowali na szkołę i nauczycieli prawie cały proces wychowawczy swoich dzieci. Wbrew założeniom, bo szkołą w pierwszym rzędzie ma uczyć, a w drugim wychowywać. Dlatego w drugim, że pierwszorzędną rolę wychowawczą winni wypełniać dzieciom ich rodzice. Ponieważ jednak rodzice ze swojej naturalnej roli i swoich obowiązków nie wywiązują się, moja żona i dziesiątki tysięcy nauczycieli-wychowawców, którym zależy trochę na tym, aby uczniów wyprowadzić na ludzi, spędza dodatkowe godziny na prostowaniu charakterów, zachowań, oraz ścieżek tych młodych osób, nie wyłączając wizyt w ich domach rodzinnych, na policji czy w sądach, jeżeli trzeba. Zastępując im matkę i ojca, którzy są lecz ich nie ma, albo którzy są, ale wyjechali za chlebem zostawiając dzieci same sobie. Tym samym staje się na drugim etacie rodziną zastępczą dla wielu życiowych młodych połamańców, bo serce ich boli, gdy widzą, że np. matka lub ojciec lub oboje nie interesują się tym, że dziecko do szkoły nie chodzi (mimo powiadomień), tym że dziecko pali, pije (już nawet w szkole podstawowej), że ćpa, że uprawia seks z przygodnymi partnerami (też już w szkole podstawowej), że jest agresywne, kradnie i bije, a już najmniejszy problem, że się nie uczy. I tacy rodzice nie reagują, do szkoły na wezwania nie przychodzą, drzwi w domu jak otwierają, to z łaski, ale żeby się zająć swoimi dziećmi czasu ani chęci nie mają. I to wszystko spadło teraz na szkoły. Jakby tego było mało, jeszcze do niedawna, nauczyciel był nikim i, tak mówi nasze popieprzone prawo (sic!), nie miał prawa ani ucznia skarcić, ani na niego krzyknąć, czy nawet krzywo spojrzeć o słownej reprymendzie nie mówiąc. Za wszystko bowiem może być albo oskarżony o przemoc albo o molestowanie. I do niedawna, tenże „niepodzielny acz zastraszony pan i władca szkolnych sal i korytarzy” mógł być dowolnie obrażany i napastowany przez „dzieci”, co to już niejeden raz spędziły noc w izbie zatrzymań czy w izbie wytrzeźwień, a on nie mógł im zrobić nic. Teraz, od czasu, gdy nauczyciel stał się urzędnikiem państwowym, przynajmniej może takiego ucznia oskarżyć i jak się uda, doprowadzić do jego skazania. Jednak dalej, sam nauczyciel nie może w stosunku do uczni zrobić niczego.
 
              Zupełnie zapomniałem o jeszcze jednej sprawie. Jeżeli myślą Państwo, że nauczyciel dyplomowany, z dwudziestopięcioletnim stażem pracy, mający jeszcze przed sobą od dziesieciu do nawet pietnastu lat pracy w zawodzie, może liczyć na to, że będzie zarabiał kiedyś więcej, to muszę wszystkich rozczarować. Nigdy już więcej nie zarobi, bo ściezka awansu oraz tabela płac nauczycieli na tym się kończy. No, może poza dodatkiem motywacyjnym, który wybitny nauczyciel może dostać ciut większy niż teraz ma moja żona, oraz rzadową rewaloryzjacją płac, przed wyborami oczywiście, bo po wyborach już raczej nie. Czy to jest motywujące do pracy, własnego rozwoju i pozostawania w zawodzie, dodatkowo w sytuacji, gdy za wszystkie szkolenia należy płacić z własnej kieszeni? Odpowiedzcie sobie Państwo sami.
 
  Jeszcze jedna ciekawostka. Nauczyciel nie może sobie wziąć urlopu kiedy zechce. Nawet jak mu coś ważnego wypadnie, musi najpierw mieć zgodę dyrektora a na jego miejsce musi być wyznaczone zastępstwo. Dlatego odpadają np. wyjazdy na tanie wczasy do ciepłych krajów zimą, kiedy taniej i przyjemnie powypoczywać gdy u nas zima. Odpadają wszystkie okazje, które wymagają wyjazdu w dzień powszedni i szkolny, jak choćby wypad ze znajomymi na koncert,  na majówkę, do rodziny w ciągu tygodnia, bo akurat coś się wydarzyło ważnego itd. itp. Nawet jeżeli trzeba iść do lekarza, choćby specjalisty, to nie można po prostu zawiadomić szefa i przyjść później czy wziąć wolny dzień. Takich praktyk w szkołach nie ma. Tu nie ma urlopów na żądanie. Urlop to tylko w wakacje. A i to nie całe, bo dwa tygodnie przed końcem wakacji trzeba już być do dyspozycji dyrektora. Tak samo rok szkolny nie kończy się z ostatnim dzwonkiem tylko zawsze jeszcze jest jeszcze coś do załatwienia.
 
Jeżeli to jest eldorado, jeżeli za to wszystko płaci się dobre pieniądze i w szkole jest fajnie pracować, to ja się pytam, gdzie są ci chętni do wykonywania zawodu nauczyciela?
 
Ostatnio, żona, nota bene za 70 złotych netto, przyjęła na miesięczną praktykę studentkę UKW o kierunku polonistyka pedagogiczna. Jedną z 30 z roku. Studentka powiedziała jej wprost, że ona tu przyszła na praktyki wyłącznie po to, bo tego wymaga tok studiów, ale tak w ogóle, to ani ona, ani nikt z jej znajomych z roku, do pracy w szkole się nie wybiera. No, to w takim razie, życzę powodzenia w kształceniu Waszych dzieci za lat dziesięć czy dwadzieścia. Moje, szczęśliwie, skończyły szkoły już dawno.
 
Parafrazując stare przysłowie powiem tylko tyle:
 
Obyś własnych dzieci sam nie musiał uczyć!
 
http://m.nowyekran.net/701ae21a28ec26a2392117865fa99197,0,0.jpg
 

KOMENTARZE

  • O! Wreszcie rzetelny art. w temacie. - Dzięki.
    Takie właśnie rzeczy są potrzebne.
    Od siebie dodam tylko tyle, że wiedząc o tych wszystkich zajęciach i nad-zajęciach, które z uporem maniaka się nauczycielom wmusza, ja programowo zachęcam wszystkich rodziców do banowania akcji sprzątania świata i innych takich czynów społecznych, "dobrowolnych" i "oddolnych". Szkoła albowiem ma wg mnie uczyć a nie marnować czas ucznia i nauczyciela, którego to czasu n.b. nie ma. A o nasz świat trzeba dbać przez cały rok a nie w jeden tylko dzień:). - Może bunt rodziców by pomógł odciążyć?

    A co do reszty, to Twoja groźba już się spełniła:). Otóż wobec mizerii tej "gałęzi gospodarki";) jaką u nas jest to co zwą oświatą, sama uczę swoje młode. Sąsiadów w porywach też. Inni mi pomagają. Normalnie tajne komplety;) i samopomoc sąsiedzka. Długi post by z tego wyszedł. W każdym razie w moim odczuciu oświatę sprowadzono do tego stanu, że "Obywatelu umiesz liczyć? Licz na siebie." i DIY.
    QED
  • @bez kropki
    Nie miej skrupułów. Napisz post o tajnych kompletach. Nie bój się też skarbówki. ;-)))) Za pomoc sąsiedzką nie ma podatku.
    Na poważnie.
    Przeczytałem tekst Mariana i nie było w nim nic konkretnego. Tu są same konkrety. Teraz się uzupełniamy i warto je oba przeczytać. To temat, o którym piszę już od dwóch lat ale oczywiście przechodzi bez echa a co najwyżej budzi odzew w tych, którzy w fakty nie wierzą, a ich jedynym wyznacznikiem prawdy jest TVN24 właśnie.

    Zgroza!

    Pozdrawiam
  • Autor
    To w końcu jak to jest, mamy za dużo nauczycieli czy za mało?
    Dlaczego wobec takich strasznych warunków, jak przedstawia autor, nauczciele sami nie opuszczają tego zawodu i nie przkwalifikują się?
    Z jednej strony autor zamartwia się zwolnieniami a z drugiej straszy, ,iż nikt nie będzie chciał wykonywać tego zawodu za 20 lat.Obecnie wielu ludzi w ciągu swojego życia musi zmienić zawód.
    Co do pensum. W większości zawodów ludzie musza stale się uczyć i robią to w domu, poświęcasjąc swój wolny czas. Wszyscy prawnicy, lekarze, inżynierowie, księgowi,ludzie pracujący w kadrach i wielu, wielu innych zawodach. Stale zmieniaja się przepisy, normy, programy komputerowe etc. Wszyscy w tych zawodach stale pracują w domu poza opłacanym czasem pracy, jeżeli nie chcą wypaść ze swego zawodu i pracy.Warto ich małżonków też zapytać ile czasu poświęcają na te nie płatne szkolenia, przygotowania się do pracy , jak często wykonują w domu wiele czynności bo w pracy brakuje na to czasu.Po prostu zabierają pracę, którą nie są w stanie wykonać na miejscu, do domu.
    Też cierpią na różne zawodowe schorzenia , np kregosłupa od wielogodzinnego siedzenia, wzroku od stałej pracy z komputerem etc.
    Proszę równiez porównać pensum nauczycieli w Polsce pensum nauczycieli w Niemczech. W Polsce wszyscy mniej zarabiamy niż nasi odpowiednicy w karajach zamożnych.
    Moim zdaniem, trzeba płacić lepiej ale za więcej pracy i za lepszą jej jakość.
    To wymaga jasnych kryteriów oceny, możliwości eliminowania z zawodu osób źle wykonujących ten zawód lub nie mających do niego żadnych predyspozycji np psychicznych lub wystarczających kwalifikacji.
    Tak więc przepisy muszą pozwolić na usuwanie z zawodu złych nauczycieli.
    Nauczyciele, którzy pod przewodnictwem Pana Broniarza nie pozwalają na wprowadzenia jasnych zasad oceny pracy i możliowści pozbywania się nauczycieli nie spełniających warunków określonych w tych zasadach oceny, nie mogą liczyć na wsparcie nas rodziców.
  • @Mirek
    Poprawiłem
  • @Milton Ha - NIE, NIE napiszę. Brzydzi mnie to bagno.
    Tzn. nie podoba mi się to, że władza zmusza mnie (płacę wszak podatki, w tym "na szkołę") do robienia jej roboty "za nią" jeszcze raz. (N.b. ze służbą zdrowia jest to samo, ale to już inny temat.).
    Skarbówki się nie boję:). Jak mi rąbną jakiś "domiar", to zapłacę, bo grunt to spokój:) a już wykształcenie dziecka to rzecz warta każdych pieniędzy, więc co mi tam:)!
    Poza tym o tajnych kompletach się nie pisze, bo są.. tajne;). To żart, oczywiście. Bez żartów traktuję natomiast cały problem oświatowy i Twój tekst - tego nam właśnie trzeba: KONKRETÓW. FAKTÓW. W zasadzie nie powiedziałeś nic, o czym bym wcześniej nie wiedziała, ALE:
    1 - dobrze to uporzadkowałeś, wywód jest logiczny, jasny i racjonalny (nie emocjonalny),
    2 - wiele osób o tym jednak nie wie, więc trzeba do nich docierać. (I w tym życzę powodzenia.)

    Opinię wrednej cholery, trolla i zapomniałam-czego- jeszcze już mam:), to niczym nie ryzykuję:), popełnię zatem kolejną uwagę. No bo tak: skarżą się ci nauczyciele, skarżą. Dobra, niech mówią, co ich boli, byle z sensem. ALE może by tak jeszcze (skoro robimy bunt na statku) jakieś zwerbalizowanie oczekiwań wobec rodziców? Bo wiesz, te różne wredne debilki, które nie mają czasu na (uczciwszy uszy) pierdoły, ucieszą się, jak się znajdzie coś, co one ze swej pozycji rodzica mogą zrobić, by wesprzeć realizację celu, jakim powinno być kształcenie dzieci. Tj. to, co wkażecie (w merytorycznej debacie) jako potrzebne do tego, byście mogli uczyć (UCZYĆ a nie borykać się z różnymi dziwnymi rzeczami), będzie się cieszyło poparciem rodziców. Na pewno jest coś, co rodzice mogą zrobić, by wspomóc racjonalną debatę (a w efekcie: rozwiązać problem). Mówiąc wprost: jakie fanaberie mam jako rodzic okazać, by to było to, co pomoże naszemu fizykowi nauczać fizyki a nie babrać się w pier**? Bo wiesz, z biurwokracją też "se idzie poradzić" "ino trza wiedzieć jak je z mańki zażyć":). Zażywanie z mańki dzwinych przepisów ćwiczę z uporem i sukcesami, ale na innych obszarach. Na eduakcyjnym jeszcze nie próbowałam;).
    Zatem jak wykoncypujesz jakieś sposoby wyjścia z sytuacji (bo na razie widzę stan wyjściowy, jakby bilas otwarcia, diagnozę), to dawaj je tu. I nie, nie nawołuję do rewolucji w państwie;) (Wzmianka o rewolucji w związku z tym, że problem jest duży i nie da się go łatwo rozwiązać - zdaję sobie z tego sprawę...)
    Pozdrawiam
  • @Milton Ha
    Już zauważyłem, więc usunąłem ten komentarz. Ale z przyjemnością powtórzę: brawo Miltonie! Świetny tekst.
  • @wiktoria
    Odpowiedź jest prosta choć może niepopularna zarazem.
    Nauczycieli mamy dosyć.
    Trzeba koniecznie wrócić do koncepcji, w której w klasie było na lekcji maksymalnie 20 uczniów. Teraz jest nawet do 30 i skuteczne nauczanie w takiej grupie, szczególnie w szkołach podstawowych i gimnazjalnych, liceum już mnie ale też, jest niemożliwe.
    Dlatego należy zwiększyć liczbę klas a nauczycieli nie zwalniać. To zagwarantuje podniesienie jakości kształcenia.
    Jeżeli chcesz zwiększać obciążenie nauczycieli bo dalej uważasz, że pracują mniej niż inni to się z Tobą nie zgodzę.
    Pracują co najmniej tyle samo i nie ma się co licytować czy ten zawód czy inny jest bardziej zapracowany. Nie zgadzam się z opinią, że nauczyciele pracują za mało i zarabiają za dużo.
    Jeżeli proponujesz zwiększenie wynagrodzenia dobrych nauczycieli kosztem słabych to jestem za, pod warunkiem wprowadzenia jasnych kryteriów oceny. Jeżeli jednak chcesz dołożyć dobrym nauczycielom kasy i liczby godzin a tych słabych zwolnić, to jest to paranoja i typowe dla naszego rządu myślenie.
    Oświadczam ci, że nauczyciele niektórych przedmiotów jak j. polski, matematyka, fizyka, informatyka, j.obcy są bardzo zapracowani i nic już nie da dokładanie im roboty. Byłaby to niedźwiedzia przysługa dla całego systemu kształcenia oraz dla dzieci kształconych w tym systemie. Zapracowany nauczyciel i tak więcej nie zrobi, choćby był najlepszym fachowcem i pedagogiem Szybciej biegać się już nie da. Co najwyżej słabi powinni biegać szybciej niż dotąd.
    Co do jasnego systemu oceny pracy. Musi powstać, zgoda. Jednak to co zaproponowała p.minister aby ocenę wystawili nauczycielowi rodzice to kuriozum do kwadratu. Czy o ocenie nauczyciela ma decydować to, że dany uczeń umie lub nie? Raczej nie, bo jak ktoś jest głąb albo leń, to żaden, nawet najlepszy nauczyciel tu nie da rady. Tu potrzeba nauczania indywidualnego, za które powinni płacić rodzice, skoro sami nie umieją albo nie mogą dziecku pomóc a przecież powinni.

    Pozdrawiam
  • @wiktoria - Zaraz Cię biedaczko zje...
    powiedzmy, że "zjedzą";), jak mnie na dyskusji u Mirka, gdy w ten sam sens leciałam:).
  • @bez kropki
    Nie zjedzą, spokojnie.
    Dyskutujemy na argumenty. To nie jest posiedzenie komisji dialogu społecznego rząd - związki ZNP.
    Każdy może mieć swoje zdanie i przy nim obstawać a nawet pozostać na zawsze. Nawet jeżeli twarde dowody i fakty są podane na tacy.
    Tak samo jak nikt nas nie przekona że czarne jest czarne a białe jest białe.

    Pozdrawiam i zapraszam do dyskusji
  • @Mirek
    I tak znajdą się tacy, którzy wbrew dowodom będą twierdzić, że jest inaczej.
    Choćby dowodząc, jak "wiktoria", że wszyscy biorą robotę do domu i pracują więcej niż normalnie. Tyle, że nie jest to codziennie i nie jest tego tyle. Wyliczyłem, że nauczyciel polskiego pracuje 230 godzin w miesiącu czyli o ponad 40% więcej niż etat. Czyli każdy "stachanowiec", który bierze robotę do domu, ledwo takiemu nauczycielowi dorówna. A wynagrodzenie w robocie jakby chyba lepsze a i warunki pracy i kawusia i przerwy kiedy chcesz itd.
    I na taki argument mam tylko jedną odpowiedź.
    Tak robią tylko ci,którzy są mało asertywni i dali sobie wcisnąć za parszywe pieniądze zakres prac i obowiązków znacznie większy niż to co było w umowie a boją się zwolnić się z roboty i poszukać czegoś innego. Nauczyciel innej roboty nie znajdzie. Co więcej, nauczyciele to taka dziwna grupa zawodowa, w której w umowie o pracę nie jest jasno określone co mają robić.Dlatego robią wszystko co trzeba. A ile tego wychodzi to już wyliczyłem.
  • @Milton Ha - No właśnie kryteria...
    Ale w tym kontekscie chciałam rzec tylko jedno: jako rodzic nie mam ochoty oceniać nauczycieli. Do szkoły nie chodzę (programowo - pracuję w tych samych godzinach i nic się z tym nie da zrobić, zresztą nie ma po co). Jak więc mam ich oceniać?! Byłoby to nieuczciwe. No, owszem, tych paru wybitnych, których efekty pracy widzę, to tak, tych mogę ocenić. Ale reszta? A skąd ja mam wiedzieć (nie będąc na lekcjach a widząc tylko testy i w nich czasem "perły" różne), czy ten dany nauczyciel to nie ma efektów, bo jest leniwy, czy że dlatego, że jest głupi, a może zbyt wiele czasu zajmuje mu dyscyplinowanie "karafiołów" (których powinno się zamykać w "giertychówkach") i przez to nie ma już czasu na lekcję?
    Jakimś kryterium może być to, że np. otwieram wybrany przez nauczyciela podręcznik a tam pełno błędów. Można wtedy domniemywać, że nauczyciel się nie zna. Ale możliwa jest i taka sytuacja, że np. to i tak ten mniej błędny, albo nauczyciel wie o błędach i je sprostuje, ale za to metoda jest dobra itp.
    Długo by tak można. Nie o to chodzi. Konkluzja jest jedna: rzetelna ocena przez rodziców jest nierealna - bo albo "se odreagują", albo będą pisać "lałurki" (jak te lizusy z rady rodziców, czy czegoś takiego), w obu przypadkach bez względu na poziom pedagoga.
    Oceną przez oceny (uczniów) to mnie nie rozśmieszajcie. Juz i tak jest przeciąganie za uszy matołów, które nie powinny gimnazjum kończyć.
    Jakoś tak przykro jest, że tu nie można wkroczyć "z prawami rynku", jak to ma miejsce w przypadku korepetytorów albo każdego innego zawodu. Może na początek szkolne/miejskie forum interentowe rodziców?? - Kto i jak czego uczy i z jakim skutkiem.
  • @Milton Ha - Niezupełnie.
    Robisz coś po godzinach, po nocach (bo tylko wtedy masz czas), bo ktos Cię o to prosił, bo termin goni, bo fucha Ci na coś tam potrzebna itp. Sypiasz po 4 godziny. Fakt, że nie na okrągło, ale wystarcy, że dość często. Wstajesz o 4 by zdążyć gdzięs tam na 4.30, żeby dać się wyspać kupmlowi (w pakamerze), bo ma zapowiedzianą kontrolę, to niechby się wyspał itp. Zresztą nie ma sensu wdawąć się w szczegóły. Moja teza (wywiedziona z obserwacji) jest taka, że niektórzy mają dużo roboty, bo są po prostu dobrzy. Są tak cholernie kompetentni, że ludzie wciskają im robotę. No a jak się pomyśli o emeryturze (jałmużna, która nie wystarczy na rachunki), to bierzesz te zlecenia, bo wszak trzeba odłożyć na jesień życia.
    Tak więc ci zapracowani, to przeważnie rozchwytywani na prawdę dobrzy fachowcy.

    A co do zakresu obowiązków, to każdy chyba ma w nim magiczny punkt brzmiący "oraz wykonywanie innych poleceń przełożonych":) I to wystarczy do pełnej maniany;), chyba, że ktoś jest asertywny i umie z szefem negocjować:).
  • @bez kropki
    Nie do końca. Jeżeli uczniowie danego nauczyciela zdobywają nagrody na konkursach, jeżeli ich wyniki z oficjalnych testów i egzaminów jak choćby testy szóstoklasistów czy test gimnazjalny czy wreszcie matury dają wyniki lepsze niż przeciętne w szkole, regionie czy nawet w kraju, to znaczy, że nauczyciel jest dobry, bo z jego nauczania odnoszą oni wymierną korzyść a przez to będą mieli w życiu łatwiej. Są tylko dwa warunki:
    Nauczyciel musi chcieć.
    Uczeń musi chcieć.
    Wszystko inne zależy od wiedzy i zdolności tego pierwszego oraz od uzdolnień i wytrwałości tego drugiego.
    Da się to wszystko dość dobrze zmierzyć i tego należy używać w ocenie nauczyciel z pewnym małym zastrzeżeniem. Czasami trafia się taka klasa, że nawet orzeł nad orły nic nie pomoże. Ale to już tak bywa. Demografia i statystyka. Czemu ministerstwo ma inny pomysł? Nie wiem.

    Pozdrawiam
  • @bez kropki
    Z jednej strony masz rację, bo rzeczywiście aby zapewnić sobie teraz jakąś przyszłość musisz się naharować, szczególnie w zawodach gdzie oprócz pracy głową wymagana jest praca fizyczna czy praca w ruchu i na dodatek na zmiany czy w dyżurach (kierowcy,przedstawiciele itd).Jednak w takich zawodach są pewne możliwości dorobienia sobie i ten wysyiłek nie trafia w prżnię, bo wtedy dobry ma tzw. wzięcie. U nauczycieli jest gorzej. Bo ten dobry ma tyle zadań dodatkowych niepłatnych, że o dawaniu korepetycji może całkowicie zapomnieć, bo nie ma na to wcale czasu.Dlatego korepetycje dają najczęściej młodzi niedoświadczeni nauczyciele albo studenci, rzadki nauczyciele w pełni aktywni. Przykładowo, moja żona nigdy nie miała na to czasu choć ją prosili na kolanach. Mogłaby sobie dorobić a tu nic z tego.

    Wiec taka jest ta specyfika tego dziwnego zawodu - powołania.

    Pozdrawiam
  • @Milton Ha - Znaczy ten nauczyciel z Twojego przykładu,
    ten, którego uczniowie mają efekty, to wypisz-wymaluj mój zapracowany inżynier:). Tylko też nie do końca;). Bo inżynier jest zapracowany, dlatego, że mu za jego pracę nie płacą należycie, więc musi dorabiać a że jest dobry, to mu zlecenia pchają w ręce wraz z kasą. Zaś nauczyciel biorący pracę do domu to ten mało asertywny??
    W każdym razie obaj, jeśli są wybitni, to i tak pracodawca płaci im za mało. Ale tu mnie zaraz zleją po mordzie (jak mi to w innym miejscu obiecano) ;) przetoż zmieniam temat:
    Zasada, że wyniki uczniów to jakiś wskaźnik pracy nauczyciela jest na początek dobra jako kryterium oceny.
    Widzę w niej jednak jeden brak. Mianowicie osobiście znałam dziecko mało zdolne, wobec którego cudem (dokonanym przez nauczycieli było), że zdołało ono opanować materiał dajmy na to matematyki z klasy np. IV podstawówki. Żaden laureat. Kupa roboty. Efektów na zewnątrz nie widać. Boję się otóż, że "postawienie na hodowlę laureatów" "odciągnie" nauczycieli od pracy z takimi dziećmi. A to by było groźne. Poza tym są np. dzielnice, gdzie chuliganka to sposób na życie i żadnen geniusz pedagogiki nie będzie tam "miał efektów", choćby nie wiem jak się starał.
    Dlatego to kryterium, acz najbardziej rozsądne z tych, co na razie mi przedstawiono, i tak ma braki.
  • @Milton Ha - O! Znowu mi coś pojaśniłeś -
    (to koment do możliwości dorabiania przez nauczycieli - wolę rozróżnić, bo pod względem budowania drzewka Ekrna nas nei rozpieszcza)
    - Ze mną jak z dzieckiem - za rękę i do knajpy:).
    Istotnie, dobry ma wzięcie i wypływa.
    Żeby nauczyciel miał tę samą szansę (czego sobie życzę dla swojego młodego), to co trzeba zrobić/zmienić?
  • @bez kropki
    Nie ma obawy. Dobry nauczyciel indywidualnie prowadzi geniusza i indywidualnie prowadzi matoła, o ile ma czas na wszystko i motywację do pracy. Moja połówka jakoś to godzi i dobrze jej to wychodzi. Ale kosztem własnych dzieci i czasu dla rodzimy, czego przykładem jest nasz starszy syn ale nie będę się tutaj rodzinnie wywnętrzniał.
    Mało asertywny to ten na etacie w firmie.
    Asertywność u nauczyciela wobec pracodawcy nic nie daje bo i tak nic nie zyska, skoro dyrektor nic nie moze wyjśc poza sztwyną tabelką i amrne kilka procent dodatku motywacyjnego. Nagrody prezydenta, ministra, prezydenta miasta czy kuratora to wyjątek. Moja żona dostałą w życiu takie dwie. Razem 4000 przez dwadzieścia pięć lat (dla nas to była i jest kupa kasy)Tymczasem ja sam, w okresie kiedy pracowałem, a byłem dobry w swoim zawodzie, tyle zarabiałem w tydzień, ale to się dawno skończyło. Jedynie w stosunku do ucznia jest pomocna.
  • @bez kropki
    O widzisz! To jest ciekawie postawiony problem.
    Po pierwsze, trzeba wyraźnie zróżnicować nauczycieli pod względem tego jakiego przedmiotu uczą i na ile muszą się dodatkowo, poza pensum, angażować w inne prace.
    Po drugie, trzeba otworzyć siatkę płac i zwiększyć rolę dodatku motywacyjnego oczywiście w relacji do obiektywnej oceny pracy, która tez musi być jasna i skodyfikowana, ale tu już zahaczamy o kasę.
    Po trzecie, trzeba edukować nauczycieli słabszych aby wyrównywać szanse dzieci i młodzieży, bo w przeciwnym razie ten podział, na źle i dobrze wykształconych nauczycieli,przeniesie się na nie.
    Po czwarte, trzeba zweryfikować programy nauczania tak aby były realne do realizacji lub zwiększyć ilość godzin nauczania a co za tym pójdzie samo, ograniczyć liczbę zwalnianych nauczycieli aby byli w stanie zrealizować tę zwiększoną liczbę godzin dla ucznia.
    Po piąte, trzeba by przywrócić 8 lub 9 klasową szkołę podstawową. Pomysł z gimnazjami był strzałem w stopę.
    I tak dalej i tak dalej...

    Pozdrawiam
  • @Milton Ha
    To Twoja żona krezus. Moja przez 20 lat pracy dostała nagrody na łączną kwotę ok.1800,00 zł. Dostają dupowłazy. Ci asertywni (na tyle,na ile to możliwe) mają pod górkę. Dodatek motywacyjny, tojest dopiero motywacja. Kiedy w jednym roku dostała 0,1% (to misklick), to poprosiłem ją, by zrezygnowała z tego czegoś w ogóle. Komisja składająca się z miernot daje maksy ludziom dyrekcji. Po prostu trzeba zmienić system oceniania nauczycieli.
    I jeszcze jedno (pisze o tym bez kropki) konieczne jest zróżnicowanie pensum i pensji nauczycieli przedmiotów. Przykład prosty-nauczyciel w-f. Kasę ma taką sama, a pracy w porównaniu z polonistą kilkakrotnie mniej.
  • Pierwszy mit notatki - "W drugiej kolejności dotknie to nauczycieli młodych, niedoświadczonych czy wręcz stażystów, "
    to, znaczy zwlonienia,

    a dlaczego dyrektor nie ma zwolnić najwyżej płatnych nauczycieli, tylko tych najniżej ?
  • @Mirek
    Mówiłem, że jest dobra.
    W ciągu ostatnich 5 lat zdobyła 3 razy pierwsze miejsce w regionie za gazetkę szkolną, to chyba też coś jest. Oczywiście nic z tego osobiście nie miała, ale granty do szkoły na sprzęt, drukarki i papier oraz tusz dzięki temu były.
    Zróżnicowanie pensum i pensji oczywiście powinno być.
    Tu się z "bez kropki" zgadzam.

    Pozdrawiam
  • @interesariusz
    Dopisałem to po konsultacji z małżonką, he, he.
    Ona się właśnie tego obawia, czyli ma lepsze nastawienie prorynkowe niż ja. Wszystko będzie zależało od tego, czy dyro będzie działał wg interesu szkoły czy wg interesu budżetu szkoły a znając realia, rzeczywiście może się kierować "domykaniem się budżetu"

    Szukaj nieścisłości dalej... ;-)))

    Pozdrawiam
  • @autor
    Witaj! Chyba są braki w pierwszej tabelce albo coś się zmieniło. Pamiętam jak kiedyś pomagałam w opracowaniu materiałów potrzebnych nauczycielowi na początku roku szkolnego. Z tego co pamiętam były tam rozkłady dla poszczególnych klas, oceny i umiejętności ucznia w zespole szkół technicznych. Klas chyba było kilkanaście, przedmiotów chyba też tyle. Tylko jak pamiętam, tych przedmiotów była godzina na tydzień, czy godzina na dwa tygodnie. Natomiast tych materiałów było po wydrukowaniu prawie 400 stron. On to zaczął przygotowywać w wakacje, bo nie zdążyłby we wrześniu. Oni mieli jakiś krótki termin, chyba do 10 września.
  • @leoparda
    To jest przykład z tego co robi moja małżonka. W każdej szkole są inne wymagania i stąd może różnice, które wychwyciłaś. To o czym piszesz bardziej dotyczy szkół typu zawodowego i techników. Zawodówek już nie ma a jak jest teraz w technikum nie wiem. zresztą nie ma o co kruszyć kopii bo i tak wszyscy nauczyciele wiedzą jedno a osoby spoza zawodu wiedzą swoje.

    Pozdrawiam
  • No to trochę inny mit, zarobki
    Zgadzając się, że te "marne 1100 zł/m-c w zawodzie nauczyciela." to mało, biorąc pod uwagę ceny, to jednak nie jest to mało biorąc pod uwagę zarobki innych. To jest właśnie typowa pensjo-zapomoga w tym reżimie. Większość tyle zarabia, a tak zwana średnia krajowa, coś 3300 czy ile tam, wynika z tego, że całkiem niemało luda zarabia dziesiątki tysięcy, a jest też istotna mikro miejszość zarabiająca setki tysięcy.

    Ciekawe jest również to, jaki jest wyliczana ta średnia. Wiadomo, że wielu ludzi jest zmuszonych do pracy poprzez pośredników. Wiele fabryk zatrudnia tylko w ten sposób. Pośrednik bierze jakieś 25-30% pensji. Które wynagrodzenie jest brane do średniej ? To wypłacane pośrednikowi, czy ta część wypłacana pracownikowi?
  • @interesariusz
    Porównaj jednak te zarobki z tym co dostają urzędnicy od najniższego do średniego szczebla. Mają jednak sporo więcej. Oczywiście wg mnie mają za dużo, ale zaraz podniesie się krzyk, że jak dostaną mniej to albo będą brać łapówki albo będą kraść.
    W przypadku nauczycieli, którzy skończyli studia wyższe, mają 25 lat pracy i żadnych perspektyw na zmianę w sferze materialnej przez kolejne 10-15 lat swej pracy zawodowej, jeżeli zarabiają, za tę pracę, która opisałem 2850 (moja żona) to chyba nie jest wygórowana kwota.
    Piszesz o ludziach pracujących przez i na rzecz pośredników. Tak znam to, moje dzieci dorabiały w agencji pracy czasowej i tak to właśnie wygląda. Tyle, że to wynika z dwóch powodów. Z nadmiernego fiskalizmu państwa (firmy się chronią) oraz z powodu niepewnej sytuacji rynkowej a w kontekście przepisów o zatrudnieniu, tylko tacy pracownicy są dla firmy "bezpieczni". Oczywiście przepisy prawa ułatwiają okradanie obywateli zarówno przez to państwo jak i przez nieuczciwych pracodawców.

    Pozdrawiam
  • @Milton Ha
    Oczywiście zgoda, jeśli chodzi o urzędników. Ale szczególnie nasze państwo nie jest sprawiedliwe. Jedni sobie wykupili mieszkania za 5% wartości, inni zostali w swoich mieszkaniach sprzedani kamienicznikom, a jeszcze inni mieszkają w skarbie państwa i też płacą haracz - 3% wartości odtworzeniowej budynku + opłaty. Jeśli budynek jest stary i wyeksploatowany powiedzmy do 30% wartości nowego, to lokatorzy płacą 10% jego wartości rocznie nam wszystkim, którzy na tym żerujemy. Żerujemy jak hieny na emerytach, którzy całe swoje życie poświęcili na odbudowanie Polski z ruin, a przedtem ryzykowali życie w walce z okupantem.

    I co na to "nauczyciele" ?

    Czemu nie protestowali, gdy grabiono innych ? Kto to wymyślił tę ustawę o "ochronie praw lokatorów" ? Może przedstawiciele nauczycieli w sejmie, przedstawiciele, którzy uznali, że trzeba chronić własność kamieniczników, a biedacy won, do obozów .....

    Jak to było z tym dzwonem ? nie pytaj, komu bije dzwon...
  • @interesariusz
    Państwo nie jest sprawiedliwe z zasady a głównie w tych dziedzinach, w których jego ingerencja w ogóle nie jest potrzeba a jednak jest obecna.
    Zmieniasz temat z nauczycieli na inny, którego nie znam tak dokładnie aby bez zapoznania się prowadzić merytoryczną dyskusję a opieranie się na obiegowych opiniach zaprowadzi przynajmniej mnie na manowce.
    Żerowanie na emerytach.. No może i tak biorąc pod uwagę finansowanie dziury budżetowej przez grabież środków z OFE.
    Ale to też już inny temat, choć miło się dyskutuje.

    Pozdrawiam
  • Z ostatniej chwili:
    (No, z ostatniej, jak z ostatniej. Tekst "pisnęłam" wczoraj, ale zamieścić się go nie dało, bo sygnału nie było. Dziś wklejam jak było.)
    Rzeszowska Solidarność zbiera podpisy pod petycją o zwolnienie min. Hall. Bo im się jej rządy nie podobają.
    Wniosek? Chcesz coś zdziałać – może to na początek nagłośnij ich akcję i ją poprzyj?

    Ponadto – garść refleksji z drogi:
    - Z argumentem, że nauczyciele nie mogą dorabiać, to ostrożnie;). Tj. w budżetówce jako takiej jest kilka (innych) grup, którym nie wolno dorabiać z MOCY USTAWY (policjanci, urzędnicy). Strażakowi, czy ratownikowi też jakoś trudno by było dorabiać, ale teraz nie o nich gadamy. W każdym razie nauczyciel nie daje rady dorobić a tamtym NIE WOLNO – ergo: sytuacja nauczycieli pod tym względem nie jest jakaś odmienna, tj. nie są jakoś szczególnie „dyskryminowani”;
    - Z tymi, którzy wg Ciebie mogą sobie swobodnie dorabiać też nie jest tak różowo. W uproszczeniu, ludzie z transportu (kierowcy) mają ustawowe ograniczenia w ilości czasu pracy (więc nie dorobią); No i nie bardzo rozumiem jak niby mógłby dorabiać np. przedstawiciel. Jako stróż nocny może się zatrudnić każdy;), ale to kiepsko płatna fucha. A jak już o kierowcach mowa, to też proszę nie szafuj ich przykłądem, bo się który obrazi i będzie miał rację. Taki np. tirowiec prowadzi skład o Protugalii. A potem zabiera inny do Władywostoku. Jest w trasie przez np. dwa tygodnie. Z tego powodu (z natury swej pracy) nie ma kiedy i jak dorobić.:)
    - Jak już mowa o strażakach i innych zawodach z budżetówki. Nasuwa mi się wniosek, że to co piszesz o oświacie, to symptom choroby toczącej całe ciało, czyli państwo. OGÓLNIE bowiem budżetówka leży i kwiczy. Tak więc naprawa w samej oświacie, acz potrzebna, to jednak jest tylko jednym z kroków, które jako naród/państwo musimy wykonać. Rozumiem, że piszesz o tym, co znasz z autopsji. Nie należy jednak zapominać o szerszym kontekście zjawiska, już choćby po to, by nie leczyć objawu, lecz chorobę.
    - Z chorobami zawodowymi to bym też nie obnosiła się za bardzo;). Bo też by znalazł parę grup zawodowych, które swoim zdrowiem i życiem płacą wyższą cenę za publiczną służbę. (Tu od razu praktyczna rada, zanim jakiś domorosły pseudo Katon mnie obtańcuje: na bolący kręgosłup polecam Pilatesa. Nie jest to wyraz cynizmu, lecz rada. Kto chce niech skorzysta. Kto nie skorzystał niech nie narzeka, że go boli.)
    - Wcześniejsze emerytury – wyobrażasz sobie 60 letniego policjanta? Nauczyciela jakoś prędzej, no nie? Znaczy, ja rozumiem, że praca nauczyciela męczy i niszczy zdrowie, ale są inne grupy, które takoż tych świadczeń potrzebują, może nawet bardziej? Inny przykład: widziałeś kiedyś strażaków wbiegających (WBIEGAJĄCYCH. Ze sprzętem i w tych ubrankach, które swoje ważą.) na np. 10 piętro wieżowca? Jak sądzisz, do którego roku życia człowiek jest w stanie to zrobić i to w ciągu kilku minut? – Piszę o tym, by nie tracić z oczu także innych grup, które tych wcześniejszych świadczeń po prostu potrzebują.
    - Hałas – tak, to JEST zagrożenie zdrowia. Ale znowu – może lepiej zapobiegać niż leczyć? Tzn. nadal nie panimaju czemu się na mnie obraziła jedna nauczycielka, jak jej na okoliczność hałaśliwej przerwy zaoferowałam takie nauszniki „lotniskowe” (obniżają poziom hałasu startującego odrzutowca do poziomu dopuszczalnego rozporządzeniem). To tylko przykład pokazujący właściwy wg mnie kierunek zmian – przepisy bhp + odrzucenie diabelskiej politpoprawności. O co chodzi z poprawnością? Ano, jak nauczycielom będzie wolno dyscyplinować krzykaczy (jak bywało drzewiej), to i poziom hałasu się obniży. No, ale tu są potrzebne rozwiązania systemowe nie na poziomie oświaty, tylko znowu całego państwa. Nauczycielom jako takim zarzucam w tym miejscu (jak i wcześniej) brak widocznych prób rozwiązania problemu i pozostawanie na etapie skarg. To robi złe wrażenie na ogół;).
    - Zarobki nie są takie znowu złe, jak na budżetówkę. (Tu uwaga: „paska” mi nikt nie pokazał, wnioskuję na podstawie tego, co mi powiedziano, co skądś tam wiem, co widzę itp. Są to wnioski pośrednie a nie fakty.);

    I na koniec wnioski luźne;). Oświata powszechna to rzecz dobra. Jednakowoż na nędzną jakość publicznej oświaty narzekano już w starożytności. Na ten przykład Marek Aureliusz niejaki. Nie mam pod ręką „Rozmyślań” (w żadnej wersji, ani oryginału nie mam, ani tłumaczenia), ale tam to „stało jak byk”. Nasuwa się więc wniosek, że ustrój oświaty publicznej i efekty jakie ona osiąga są po prostu do d* i, na wszystkie krzywe;) Jowisza, nie ja to powiedziałam pierwsza.
  • @Milton Ha - czym się będzie dyro kierował -
    ano tym, kto mu do d* włazi a kto nie:). Nie jakimiś tam pierdołami w rodzaju budżetu;). Osobiście znam jednego takeigo, którego by należało JUŻ, ciupasem wykopać ze stołka, po prostu w interesie publicznym.
    Czyli wychodzi na to, że brak jest mechanizmów pozwalających skutecznie wyeliminować z obrotu dyra ograniczajacego się do promowania swoich d*czek.
    Jak wszędzie - musi być marchewka i kij. - Bat na cwaniaków, "kolesiów" i śmierdząco-płaczących leni a możliwość nagród dla dobrych.
    "Te gupie dzieciaky" same jakoś instynkownie czują, komu na nich zależy a komu nie. Kto uczy, kto męczy. Kto wyamga, ale jest sprawiedliwy w ocenianiu (a wcześniej wszystko jasno wyłożył i wystaeczyło być na lekcji by się "naumieć"), a kto daje oceny za wazelinę, albo daje sobie włazić na łeb. Od samych uczniów można się zaskakująco dużo dowiedzieć.
    Ergo: jak chcesz mówić o rzeelnym ssytemie oceny nauczycieli (nadal nie mam wyobrażenia, co by to miało być), to niezbędne jest utworzenie jakiegoś sprzężenia na linii uczeń-rodzic-dyrektor. Bez udziału (choćby w roli vox populi) tych trzech podmiotów nie może być mowy o prawdziwej ocenie. Jednak Nobla temu, kto zdoła ten słuszny postulat przełożyć na praktykę;).
  • @Milton Ha - Tak Miltonie. Osoby spoza zawodu
    wkurzają się podwójnie a może nawet poczwónie: i na bezsens tych pierdół, które nauczycielom zadano, i na fakt, że ci ostatni się na te pierdoły zgodzili(?), i że lezą dobrowolnie w to bagno a potem jeszcze narzekają;). Bo daruj, ale trudno jest zrozumieć postawę osoby, która z góry wie, że "być nauczycielem to źle", a mimo to idzie "w nauczyciele". Otóż problemy są po to, by je rozwiązywać a nie by się w nie pchać.
    Innymi słowy, dla osoby z zewnątrz to wygląda tak: skoro, jak twierdzicie jest źle, to znaczy, że trzeba coś zmienić. A jak jest tak bardzo źle, to przestańcie "iść na pedagogikę" - Za parę latek państwo samo z siebie, przyduszone przez wkurzonych rodziców, zacznie zabiegać o nauczycieli, iść im na rękę itp:). Lekarze właśnie robią ten numer;) (w dużym uproszczeniu). Ale to inny temat.
  • @Milton Ha - NIe, zarobki urzędników, przynajmniej tych
    "niższego szczebla" są takie jak Twojej żony albo nawet niższe. Nie mogę podać bliższych szczegółów, w każdym razie nie wierz propagandzie ani satystykom;).
    Urzędnik w starostwie (język, dwa dyplomy, 10 lat w zawodzie i ZAKAZ DORABIANIA) zarabia, jeśli dobrze usłyszałam jakieś 2000 na rekę. Mimo to nie kradnie ani nie bierze łapówek. Wobec powyższego uprzejmie proszę nie pisz, że "mają za dużo", bo w takim razie osobiście będę głosować ZA Hallową:). (Tak, to jest droźba karalna i możesz mnie za nią ścigać:).)
  • @bez kropki
    Straaaasznie dużo napisałaś ale odpowiadam po kolei.

    Dorabianie
    Miałem na myśli sytuację taką, że po prostu nie mają czasu na dorabianie a nie to, że im nie wolno, bo oczywiście jak chcą to mogą. Tyle, że ci dobrzy, którym można by powierzyć dzieci w celu douczenia nie mają na to czasu.
    Mówiąc o kierowcach miałem na myśli większość kierowców tzw. drobnych. TIR'owcy to elita, która ma już tak trudne warunki pracy, ze z nimi nikt by się nie zamieniał a rzeczywiście u nich o dorabianiu mowy nie ma.

    Budżetówka

    Rzeczywiście cała budżetówka leży. Każdą zaognioną sytuację lub patologię zamiata się tam pod dywan albo wycisza wprowadzając zagrożenie redukcji etatów. Na dodatek systemu płac w budżetówce nie rozumie chyba nikt.

    Choroby zawodowe

    Wymieniłem je tylko po to aby pokazać, że nie jest to zawód, który wykonuje się łatwo i przyjemnie, jak sądzą niektórzy. Przyznaj, że urzędnik za biurkiem, z chorób zawodowych może mieć jedynie chyba tylko właśnie problemy z kręgosłupem, jeżeli ma złe krzesło, źle ustawione sprzęty ub źle siedzi. Jeżeli choruje jeszcze na coś, to nie jest to choroba zawodowa tylko somatyczna.

    Hałas
    To jest prawdziwy problem. Pracowałem kiedyś w szkole gdzie instalowałem pracownię informatyczną i sieć. Podczas przerw nie słyszałem własnych myśli a ciało bolało mnie od huku.
    Pomysł ze słuchawkami jest chwytliwy medialnie ale nie wykonalny, gdyż nauczyciel musi się w tym hałasie połapać, i musi tego hałasu słuchać aby wychwycić w nim te elementy, które mu powiedzą, że coś się dzieje nie tak a nie jest to zwykłe przekrzykiwanie się dzieci w rodzaju: "spieprzaj ty baranie" by usłyszeć jednak "proszę panią a oni to się ciągną za włosy"

    Oczywiście są nauczyciele, którzy sobie radzą z porządkiem a inni nie. U jednych na korytarzu jest spokój u innych nie. Jednak hałas tu i tam jest podobny. bo to jest zjawisko, którego w szkole nikt nie opanował i nie opanuje. Tak było zawsze. Moze teraz dzieci, z uwagi na stosowania słuchawek dousznych mają stępiony słuch więc do siebie muszą krzyczeć głośniej niż kiedy ale reszta jest bez zmian.
    Zwiększenie uprawnień nauczycieli do reagowania zapobiegnie jedynie zdarzeniom groźnym ale to jednak powinno być zrobione, bo jak widać wychowanie bezstresowe zostało w rodzinach zrozumiane opacznie jako wychowanie bez zwracania uwagi i mamy to co mamy.

    Zarobki rzeczywiście nie są złe a jakie są, to pokazałem. Tyle, że nie ma różnicowania i jest to demotywujące. Jednak najbardziej denerwują mnie i nauczycieli opinie, że dostają tyle kasy za 18 godzin pracy, co, mam nadzieję, udowodniłem, że jest powszechna i obiegową bzdurą. Pasek mojej żony masz na ekranie choć w formie tabelki. Nic nie ukrywałem.

    Rzeczywiści stan oświaty jest zły, ale to już temat na kilka odrębnych artykułów. Z tym, że merytorycznie, o organizacji pracy szkół, procesie dydaktycznym, programach z poszczególnych przedmiotów czy kształceniu na poszczególnych poziomach wypowiadać się nie będę bo nie znam szczegółów,poza j.polskim w szkole podstawowej, a to za mało.

    Pozdrawiam

    PS
    Wczoraj coś generalnie padł internet wieczorem.
  • @Milton Ha - Miltonie pisząc o kamienicach interesariusz
    zwraca Ci uwagę na to, o czym i ja pisałam. Otóż dla dobra swojej sprawy skup się proszę na konkretach tej sprawy dotyczących a nie na porównaniach z innymi:). Z tych porównań albowiem wychodzi, że ci nauczyciele nie są wcale tak pokrzywdzeni, jak im się wydaje:). Punkt widzenia zależy od punktu odniesienia;).

    Zrobiłeś opis stanu wyjściowego. Idź krok dalej. Zrób wykaz celów lub spraw do załatwienia, lub bolączek zawodowych itp. - No, spis tego, co trzeba zrobić + uzasadnienie czemu to jest niezbędne. Siedzisz w tej oświacie, to wiesz, co Wam, jako grupie zawodowej, przeszkadza w banale jakim jest dla każdego "żebym mógł spokojnie i efektywnie wykonywać swoją pracę".
    Nie leć natomiast w porównania i skargi, jak to Wam źle. Ja, widzisz, zarabiam mniej niż Towja żona (no, z etatu mam mniej). Kwalifikacjami nie będę tu epatować, bo to nie rozmowa kwalifikacyjna (w kazdym razie na belfra w swojej dziedzinie mogę "przeskoczyć" bez wielkich kopotów, natomaist belfer nie wskoczy na moje miejsce, bo nie da sobie rady). Przyjmij że są one niewąskie. I co? I nie biadolę ani ja, ani nikt z mojej grupy zawodowej, jak strasznie nas państwo krzywdzi (bo krzywdzi i to jest fakt). Możliwe, że jesteśmy zboczeńcami, ale my kochamy swoją robotę:). Jakbyśmy chcieli kasy, to byśmy poszli w inne zawody. Proste. A jak nam kasy potrzeba na doraźne sprawy, to zlecenia same ku nam idą wraz ze stosownym wynagrodzeniem - nie ma problemu (wg mnie tą możliwość by należało jakoś naucycielom dać, skoro jak twierdzą realnie jej nie mają). Bo to jest widzisz tak, że nie na tych biednych nauczycieli się wszyscy uwzięli, tylko ogólnie - państwo szwankuje, nie wypełnia należycie swoich zadań i stąd Wasze problemy.
  • @bez kropki
    No widzisz. Ostatnie zdanie jest całym podsumowaniem. Trzeba to zrobić. Trzeba włączyć do oceny strony,które są konsumentami (uczeń, dyrektor, rodzic, w tej właśnie kolejności)w połączeniu z systemem oceny obiektywnej, o którym pisałem już w odpowiedziach.

    Można to zrobić.
    Strasznie trudno to zrobić (to a'propos Nobla)
    Najlepiej gdyby zrobił to audytor zewnętrzny. Cały system i prowadził oceny zbiorcze. To nie jest praca dla jednej osoby. Tu małe sprostowanie: W szkolnictwie pracowałem wyłącznie kilka lat, dawno i to jako wykładowca na uczelni. Sytuację obecną znam dlatego, że prawie wszyscy z rodziny żony oraz ona i jej koleżanki to nauczyciele wszystkich szczebli nauczani, typów szkół, środowisk i przedmiotów.

    Co do dyra. Będą różne zachowania ale duża część postąpi w zgodzie z rozsądkiem i/lub ekonomią, kierując się przy tym osobistymi sympatiami, to znaczy, ze z dwóch równorzędnych zwolni tego, którego nie lubi. To jest oczywiste.

    Pozdrawiam
  • @bez kropki
    Zdziwisz się ale tu nie masz racji i sytuacja jest trochę inna niż opisujesz.
    W zawodzie prawie nie ma młodych ludzi. Nie wiem czy przyczyną jest tylko to, że młodzi nie chcą bo wiedzą, że to jest zły wybór, czy dlatego, że starzy okupują te miejsca. Nie znam wyników obiektywnych badań w tym zakresie. Sadząc po zachowani tej studentki,która opisałem pod koniec raczej nie chcą. Dlatego kiedy piszesz, że:
    "... trudno jest zrozumieć postawę osoby, która z góry wie, że "być nauczycielem to źle", a mimo to idzie "w nauczyciele"."
    , to jest to ślepa uliczka. Otóż raczej nie idą. Ci którzy tam są i trwają, zaczynali w czasach,kiedy w szkolnictwie było znacznie lepiej niż teraz.
    Nie jest też prawdą, że nic nie robią. Problem polega jednak na tym, że dwa konkurujące ze sobą w szkolnictwie związki mają całkowicie różny punkt wyjścia i pochodzenie , że tak powiem, polityczne.
    Większy ZNP jest niepoprawny politycznie bo wywodzi się ze współpracy z dawnym PZPR a później z lewicą i wszystkie kolejne rządy prawicowe, dla zasady uwalały wszystkie ich inicjatywy, a drugi związek Solidarność Oświaty jest tak słaby i tak ułożony z rządem że nie podejmuje ani inicjatyw ani polemiki. Tymczasem ZNP, chyba jednak ma bardziej sprecyzowane i rozsądne poglądy niż to się powszechni sądzi czy propaguje. Oczywiście nie wszystkie, ale jest z kim pogadać.

    Sytuacja jaką opisujesz na końcu, że zacznie brakować nauczycieli, grozi nam już najdalej za pięć lat. Tyle, że w obecnej sytuacji, gdy mamy niż demograficzny i dziurę w budżecie, tego problemu się celowo nie nagłaśnia. Tymczasem za pięć do siedmiu lat do szkół wejdzie wyż a wśród nauczycieli będzie wielki niż.

    Wtedy na wszystkie działania będzie za późno.

    Pozdrawiam
  • @Milton Ha - przyznam się, że Cię badam jak nieznany okaz:).
    JEDYNY znany mi człowiek "okołoświatowy", któremu z pyska wychodzi coś więcej niż piana;). (To komplement.) Mam jeszcze co prawda kumpla-nauczyciela, ale to specjalny przypadek:). Inżynier. Oczywiście:). Wkurzył się "na cały ten burdel" (to jego słowa, nie moje) i poszedł "w belfry", "żeby uprzątnąć tego gówna tyle, ile się osobiście da". Efekt? Młodzież w trudnym wieku i z trudnej dzielnicy patrzy w niego jak w tęczę:) (widziałam, to wiem). Słucha, pozwala się strofować, UCZY SIĘ. DOBROWOLNIE i bez przymusu:). Efekty tej nauki widać. (Też widziałam wszystkie opisywane zjawiska.)

    Ale nie o tym teraz chciałam. Otóż chwytliwy jest tytuł Twojego posta:). Im dłużej nad nim myślę, tym bardziej mi się podoba:). Tylko raczej niejako na odwrót wobec tego, co chciałeś przekazać:). Otóż ja od poczatku edukacji swojego przychówka, widząc mizerię tego, co miano oswiaty tu nosi, niczego nie pragnęłam bardziej jak uczyć swoje młode "sama" (uwaga: to uproszczenie - pewnie, że nie sama, tylko w gronie innych podobnie zniesmaczonych tzw. oświatą jednostek). Ale okazuje się, że w praktyce łatwiej jest dostać pozwolenie na broń niż na nauczanie własnego dziecka (musi to bardzo groźne dla systemu). Chyba łatwiej by mi przyszło handlować uranem;) niż osiągnąć zamierzony cel. Więc tak, Miltonie, ja Was bardzo proszę (i bez kitów to mówię) - zróbcie coś, by taka możliwość realnie powstała. "Realnie", mówię. Bo jest tylko teoretycznie i ogranicza się do ładnego wyglądania na papierze.

    I bardzo proszę (to nie do Ciebie Miltonie, tylko ogólnie) mi tu nie szklić tych komunałów, jakimi się zwykle raczy zwolenników "homeschoolingu" (głupia nazwa i nie oddaje istoty rzeczy, ale mniejsza z tym). Przyjmijcie, że osoby dorosłe swą edukację skończyły i nie próbujcie ich wychowywać. Owe osoby posiadają zdolność do czynności prawnych, swój rozum a niekiedy także wiedzą, co robią. Jakoś sobie w dzisiejszym świecie radzą, częto lepiej niż Wy, (co jest kolejną przesłanką do tego, by ich nie pouczać, zwł. w sytaucji gdy się samemu tylko biadoli).
    Dobra, dość o uczeniu dziecka "samemu". To osobny temat. Wrzuciłam go tylko po to, by pokazać kolejną niedomogę systemu (oprócz braku motywacji i wyróżniania dobrych pedagogów). Jest nią otóż sztywność. Homschooling to tylko przykład wywołany w celu pokazania tej sztywności. Tak to widzę jako rodzic i "poprawiacz po nauczycielach".

    O spadajacym na pysk poziomie już pisałeś, to tego nie roziwjam - czekam na dalsze Twoje teksty:). W każdym razie mnie osobiście poziom dobił, już nie tym, co moje młode "przerabia" w szkole, tylko poziomem matury z polskiego... Dwa lata temu przygotowywałam do polskiej "matury" jednego Polako-Ukraińca. Poziom-żenada. Wymaganego do opanowania materiału do matury, nie tego człowieka...
  • @bez kropki
    Jak już porównujemy to uczciwie. Urzędnik niższego szczebla to ktoś porównywalny z nauczycielem stażystą lub nauczycielem po stażu z kilkuletnią praktyką. Tak ja to oceniam. No to mamy tutaj rózniće dwukrotna bo nauczyciel ma 1100 na ręką a urzędnik, jak piszesz 2000. Im wyżej w urzedzie tym lepje ale, o ile wiem, rzeczywiscie wraz zkolejnymi awansami, dopóki nie sięgnie się po wysokie stanoiwska kierownicze, te urzędnicze pensje rosną słabo. Może więc tak być, że urzędnik na stanowisku starszego specjalisty w urzędzie gminy czy powiatu i z 20-letnim stażem będzie miał mniej niż nauczyciel dyplomowany z 20 letnim stażem w tej gminie. To jest możliwe i chyba nawet właściwe.

    Pozdrawiam
  • @Milton Ha - O hałasie.
    Nie dopisałam, że to były słuchawki tzw. dynamiczne. Ciekawam, jak by się sprawdziły w szkole?? Bo na lotnisku to działa - wytłumia ryk silników, ale mowę ludzką "rozpoznaje" i "przepuszcza". W szkole pewnie gorzej, bo tam na hałas składa się prawie sama mowa, niech będzie, że ludzka;). Ale może jakieś urzędowe wytyczne, że nowe szkoły (lub remonty starych) mają być robione z wykozystaniem materiałów tłumiących a nie odbijających (jak to jest obecnie) fale dźwiękowe? Osobiście uważam, że byłby to krok naprzód.
  • @Milton Ha - O urzędnikach. NIe, ja pisałam o inspektorze.
    Jak rozumiem z podanego przez Ciebie nazewnictwa, inspektor to NIE jest odpowiednik stażysty, czy tego tam "po stażu z klikuletnią praktyką". To odpowiednik nauczyciela dyplomowanego. Na inspektora trzeba się bowiem długo "starać" a potem długo, długo i jeszcze bardziej musisz się starać na kolejne szczeble.
    Idąc dalej, nie zgadzam się z Twoim stwierdzeniem, że będzie właściwie, jak specjalista w UG dostanie mniej niż nauczyciel dyplowany a takim samym stażem pracy.
    Bo ten specjalista jest po dwóch fakultetach, ma uprawnienia branżowe i inne umiejętności. Czy dyplomowanie nauczyciela to zrobienie drugiego kierunku studiów PLUS zrobienie uprawnień np. projektanckich, albo z hydrogeologii? Czy zakres wiedzy, jaki ci dwaj porównywani posiadają jest "w kilobajtach" taki sam? Nie. Urzędnik musi być i po polibudzie (w budownictwie, czy geologii), i po administracji, i na prawie się wyznawać i na normach branżowych, i na cennikach i na przetargach, i na mnóstwie innych spraw (od zagospodarowania przestrzennego po transport zwłok, prawo spadkowe i cywilne - ludzie przychodzą do urzędu w różnych sprawach i biada temu, kto nie sprosta ich wyamganiom, porad o spadkach i postępowaniu sądowym też się w administracji udziela - hii. Jakoś nie znam nauczyciela, który by posiadał tak samo obszerną wiedzę w równie odległych dziedzinach). Piszę o tym nie bez celu. Mianowicie utwierdzam się w swojej wcześniejszej prośbie do Ciebie byś NIE robił porównań, bo tylko wkurzysz ludzi i zostaniecie bez pomocy z zewnątrz, tylko z tym dwoma skłoconymi związkami. A przecież nie o co chodzi.
  • @bez kropki
    Homeschooling to trudny temat.
    Nie dlatego, że z jego powodu mogłoby coś zagrozić oświacie czy uczniom tak nauczanym. To jest bardziej problem dobrowolnej i postępującej izolacji środowisk inteligenckich od pozostałych. Nie oszukujmy się ale homeschooling w środowisku gdzie nie ma wśród rodziców potencjału do jego prowadzenia, nie powstanie.
    Czyli co?
    Podzielimy obywateli na tych kształconych państwowo, często dość siermiężnie i źle i pozostałych nauczanych prywatnie. To droga do pogłębiania podziałów już istniejących na biednych i bogatych na wykształconych i niewykształconych itd.
    Wg mnie to droga donikąd. Uwierz mi, że w szkole uczniowie miedzy sobą, na poziomie kształcenia, wyrównują trochę te różnice społeczne. Fakt, że najlepsi trochę mogą na tym stracić, ale wielu kiepskich dzięki nim się podciąga a przecież chodzi o całą Polskę a nie tylko o tych, którzy stworzą w przyszłości dalszy ciąg środowiska MWzWM, bo kto dla ich będzie pracował w fabrykach i na stanowiskach robotniczych?

    Osobiście jestem przeciwny jako metodzie na wykształcenie i jak najbardziej za jako metodzie na dokształcanie zdolnych lub tych, na których to stać. Ale jak to wtedy zorganizować, by jednocześnie mogli chodzić na homeschooling i do szkoły?
    Bo do szkoły chodzić powinni, ze względów społecznych i nie tylko w swoim interesie.

    WOW! Poziom kształcenia! Kolejna książka do napisania. Tu trzeba by zacząć od reformy poziomów kształcenia, przejść przez programy,l szkolenie nauczycieli, podręczniki, minima programowe i systemu oceniania, dalej są testy obowiązkowe i ich poziom, dalej jest temat komisji egzaminacyjnych (patologie i niedostosowanie wymagań do obniżonego wadliwym programem i nauczaniem poziomu wykształcenia) itd. itp.

    Tak jak napisałem, ja, osobiście mgr inż. mechanik po dwóch fakultetach i podyplomowych studiach z zrządzania i marketingu, jako niedoszły doktor mechaniki i były nauczyciel akademicki a obecnie jako obserwator środowiska nauczycieli i szkolnictwa oraz drążących je problemów, chyba tylko z powodu jako takiej jasności umysłu i swobody w formułowaniu wypowiedzi wypowiadam się, trochę za nich, w tej sprawie. Jednak żadnego przełożenia na to środowisko nie mam, bo nie jestem aktywnym pracownikiem oświaty ani związkowcem. Żonie tego na głowę nie włożę bo ma robić to co robi, skoro to lubi i robi dobrze. Na więcej czasu nie ma.

    Dlatego nie widzę siebie w innej roli niż w miarę obiektywnego komentatora i publicysty, ale jak ktoś będzie chciał skorzystać z wiedzy i doświadczenia by zaprosić do dyskusji w celu wypracowania rozwiązań, to zawsze chętnie się włączę. Dla dobra Polski i polskich dzieci oraz młodzieży, bo takie mamy Rzeczypospolite...

    Pozdrawiam
  • @bez kropki
    Technicznie zawsze się jakieś rozwiązanie znajdzie, ale przecież wystarczy więcej dyscypliny i możliwość jej egzekwowania oraz konsekwencja. Hałas był, jest i będzie, ale może być mniejszy.

    Pozdrawiam
  • @bez kropki
    Postaram się bez porównań. Inspektor, którego opisujesz, jeżeli dostaje za swoją pracę takie pieniądze to granda i strasznie upokarzające. Co więcej, to sygnał dla nieuczciwych obywateli aby podejmować próby jego skorumpowania, bo na tak ważnym stanowisku ma zapewne wysokie uprawnienia i dużo zależy od jego decyzji. Jeżeli będzie uczciwy (a zakładam, że 99% z nich to ludzie uczciwi) i odporny na stres i frustrację, to jedynie będzie narzekał na dużo obowiązków i gówniane płace. Jeżeli nie, to albo będzie przenosił swoją frustrację na petenta albo ulegnie propozycji korupcyjnej. I wtedy zawsze jest problem.
    Z nauczycielem jest gorzej, bo sfrustrowany nauczyciel może skrzywdzić dziecko, czyli osobę podlegającą szczególnej ochronie i osobę nieodporną na takie działanie.
    Zarówno w jednym jak i drugim przypadku przez krzywdę należy rozumieć wszystko, poczynając od agresji słownej czy dyskryminacji po niesprawiedliwą decyzję/ocenę.
    Dlatego i ten urzędnik i ten nauczyciel winni się czuć w miarę komfortowo przy takiej odpowiedzialności za skutki wykonywania swojego zawodu. Jednym z wielu elementów takiego komfortu jest również wynagrodzenie.

    Pozdrawiam
    PS
    Godzenie tych dwóchbzwiązków to jak zawiązywanie koalicji SLD z PiS. Możliwe wyłącznie w sytuacji zagrożenia utraty władzy po wygranych wyborach. Ale jakim kosztem.
  • @ AUTOR
    Dobry tekst.

    Mam jednio zastrzeżenie - trochę nieuczciwe jest pisanie że "SŁABY NAUCZYCIEL DYPLOMOWANY może zarobić 2260 netto".

    To nieuczciwe. Gratuluję twojej małżonce 2800 netto, jednak moja żona - lubiana i doceniana dyplomowana polonistka z 12-letnim stażem w pracy (m.in. kilka dni temu delegowana do reprezentowania szkoły w ważnym projekcie oświatowym) zarabia miesięcznie dosłownie dwie stówy więcej niż wspomniane 2260 zł. Dodatki motywacyjne są w jej szkole symboliczne.

    Popraw to, bo ten fragment jest dwuznaczny moralnie.

    Generalnie, z rozmów w sieci i ze znajomymi wynika jasno, ze przeciętnie dyplomowany nauczyciel za te swoje 50 h tygodniowo rzadko kiedy wyciąga więcej niż 2300-2400 do ręki.

    Najgorsze jest to, ze stawki i zarobki polonistów ZAWALONYCH robotą w 35-osobowych klasach są IDENTYYCZNE jak zarobki anglistów uczących w 15-osobowych grupach.

    Nie wspominając o wuefistach czy paniach od plastyki...

    TO jest nienormalne.
  • @bez kropki
    Patrz, tutaj udało ci się napisać komentarz przejrzysty...
  • @wiktoria
    Gdzie dopatrzyłaś się SKARGI w powyższym tekscie?

    Reagujesz jak pies Pawłowa, Milton tymczasem po prostu wyłożył kawę na ławę i swym tekstem dał odpór pieprzonej medialnej propagandzie, robiącej z nauczycieli roszczeniowych lewusów, którym się nie chce pracować za 4500 brutto.
  • @wiktoria
    Moja szwagierka, specjalistka od ubezpieczeń korporacyjnych, FAKTYCZNIE bierze dużo roboty do domu.

    Tylko że ona to robi nie za nauczycielskie 2 tysiące netto, a korporacyjne 5-6-7 tysięcy brutto.

    I nikt jej publicznie nie pluje w twarz twierdzeniami, że jest darmozjadem żerującym na zdrowej tkance społeczeństwa.

    Pogadamy dalej?
  • @Mirek
    Dokłądnie.

    Znam przypadki gdy takie dupowłazy konsumowały osiągnięcia innych nauczycieli, i kończyli z 20% dodatkiem motywacyjnym, a nauczyciele z tego samego zespołu, którzy odwalili robotę organizacyjną, a nagrode otrzymywali z pompą 3%...

    Czyli dokładnie jak wszędzie - dupowłązy górą.
  • @Milton Ha - Homeschooling
    Jakoś nam w ferworze walki umknęło, że homeschooling to "ratuj się kto może" a nie recepta na problem. Tak przynajmniej ja to widzę. No, bo skoro państwo starannie i z uporem daży do zmarnowania potencjału mojego dziecka, to ja stanę na głowie, aby do tego nie dopuścić. Stąd homeschooling (jako jedyne rozsądne wyjście), rozumiany przeze mnie jako samoobrona konieczna a nie recepta na uleczenie systemu. To jedna moja teza.
    Ludzie powinni mieć tą możliwość (homeschooling). To druga moja teza.
    Nie rozwijam tego, bo temat obszerny a i ileż można oftopicować;)?

    Co zaś do meritum Twojego komenta - Dobrze, że masz realną ocenę sytuacji. Tak w przypadku specjalisty od np. geologii w urzędzie gminy, jak i co do swojej roli. JEDNAKOWOŻ;) hihi, jednakowoż po to powstał Ekran, by pewne idee się gdzieś tam do świadomości sączyły. Zatem pisz o tym oświatowym bagnie, bo i potrafisz pisać (oraz dyskutować), i znasz temat. Niech ten temat "żyje". Akcję RzS podrzuciłam Ci nie bez kozery. Nie wiem, czy to Solidarność "nauczycielska", czy ta "ogólna" z tym wnioskiem wystąpiła. W każdym razie trzeba nagłaśniać wszelkie, WSZELKIE wydarzenia będące wodą na młyn ludzi, którzy chcą coś zmienić.
    I tylko znając życie, brutalnie Ci rzucę, że nie czekaj aż Cię kto zaprosi. - MASZ co powiedzieć, więc to mów. Po prostu. MÓW (tu: w sensie "pisz"). I zmuszaj do słuchania. Jak Cycero:) (To nie komplement, tzn. NA RAZIE nie, tylko porówanie.)
    Czytam go (Cycerona) sobie właśnie (jako ta, co ni mo pojencia o głembi tudzież potfornym łobszarze nałuk humanistycznych). N.b. spotykałam inzynierów z Cyceronem w ręku, ale nie spotkałam humanisty z tomem opiewającym zagadnienia np. mechaniki płynów:) Ten cyniczny wytyk (wytyk jest ogólny, nie do Ciebie) niech Ci posłuży za kolejną zachętę. - W myśl zasady "przyjdzie inżynier i posprząta":)

    No i dzięki, że się szerzej przedstawiłeś. Widzę, że słusznie mniemałam, iż ten okaz to jakiś nietypowy jest:).
  • @Milton Ha - toteż o tym mówię -
    Niech ci zboleli od hałasu nauczyciel zaczną cokolwiek ROBIĆ w tej kwestii. (Na początek niech to będzie nawet coś małego, byle zacząć.) A nie tylko miauczeć, że to takie straszne, że hałas, że choroby zawodowe.
  • @Milton Ha - Inspektor to robi bo to lubi.
    Dziwne, ale możliwe:). No lubi służyć innym swoją wiedzą i już. ALE, w przeciwieństwie do nauczycieli jemu nie wolno an strajkować (tak, tak!), ani dorabiać (z mocy prawa). Nie, skorumpować on się nie da. Raczej "przejdzie na swoje", jeśli za bardzo juz będą go upokarzać roszczenia innych grup zawodowych;). - Ludzie na tym poziomie ani nie dadzą się kupić, ani nie smęcą ("frustracja i narzekanie na gównianą pracę"), bo to twarde sztuki są. Oni po prostu zrobią swoje, tj. ROZWIĄŻĄ problem. W realu wygląda to tak, że tacy ludzie z administracji odchodzą. Cichutko. Media o tym nie piszą.
  • @MisQot
    Masz rację, poprawiłem.
    Moja ma prawie 25 lat stażu pracy i stąd pewnie ta różnica. Zobacz, to jest o 8% więcej do podstawy za sam staż i właśnie o tyle wychodzi więcj. Wyjdzie więc na to, że Twoja żona też całkiem nieźle zarabia, a praktycznie tyle samo w podstawowych parametrach. Musi niestety jeszcze się trochę pomęczyć w zawodzie aby dostać te 8% więcej.

    Co do polonistów to myślę, że się wszyscy zgadazamy. Angliści rzeczywiście mają lepszy komfort pracy. Może dlatego, już teraz doszliśmy w licach do takiej sytuacji,że średnia z ocen na maturze z języka polskiego (podstawa) jest znacznie niższa niż średnia ocen z j.polskiego. Jeżeli to niczego ministrom i związkowcom nie mówi, to znaczy, że rzeczywiście mamy problem. W głowach rządzących.
    Chyba, że oni zakładają, że jak młodzi się naucza angielskiego perfect, to wszyscy wjadą z kraju i bezrobocie spadnie. Tyle,że to droga do samodestrukcji narodu w ciągu jednego pokolenia.

    Pozdrawiam
  • @bez kropki
    Dziękuję za słowa zachęty.

    To że jestem nietypowy wiedziałem od dawna.
    Rodzice mówili, że nic już ze mnie nie będzie a stało się inaczej, choć długo to we mnie tkwiło i ograniczało.

    Popatrz tylko na inne moje blogi (pobieżnie). Powieści, opowiadania, poezja, polityka i wszystkiego po trochu, a zawodu inżynier mechanik, z profesji (czyli z tego co robiłem) informatyk, logistyk, menedżer projektów, czasem nawet księgowy, menedżer wysokiego i średniego szczebla, z pasji publicysta, z zainteresowań krytyk, juror i zbieracz oraz twórca piosenki studenckiej, kabaretowej i turystycznej (mam tego ponad 8000 piosenek ponad 1000 wykonawców, z tego wiele unikalnych nagrań, a połowa to live). Badacz amator poezji Leśmiana i Tuwima - to przez Łódź, moje miasto. Kiedyś wspinacz i taternik, podróżnik (kwalifikowany przewodnik po Jurze), czy uczestnik zwariowanych przedsięwzięć turystycznych jak choćby wiele lat pływania (i organizacji tegoż) na tratwach po jeziorach wokół Augustowa, a teraz tylko lew salonowy czyli okupant dużego pokoju gdzie mam laptopa (w domu każdy ma swój komp nawet kot, bo nigdy byśmy się jednym nie podzielili), bibliotekę (tą mam wszędzie, bo się nie mieści) i łżemediów tv i prasowych. A pewnie taki jak ja są miliony, tylko nie każdemu chce się pisać.

    No trochę tego się uzbierało i jak się tak przyjrzeć jestem trochę zakręcony ale i tak mogłem być bardziej, tylko albo mi się nie chciało (śpiew, teatr) albo nie miałem czasu na profesjonalizm (mój ulubiony brydż i scrabble).

    Strasznie się teraz obnażam, ale nie boję się, bo kiedyś zrobiłem błąd dokonując autocenzury w ocenie samego siebie. Czasy teraz takie, że wyłącznie autopromocja jest skuteczna.
  • ALL
    Ważne sprostowanie.
    Nieumiejętnie licząć znacznie zawyżyłem zarobki nauczycieli na godzinę, bo ponad czterokrotnie.
    Zmieniłem stosowny fragment,który brzmi teraz następująco:
    ...............
    Wychodzi z tego, że za swoje 50 godzin w tygodniu czyli ok 200 w miesiącu (w przybliżeniu), dostaje 4003 złote brutto czyli 2855 na rękę i jest to średnio za jedną roboczogodzinę odpowiednio ok. 20 złotych brutto albo 14 złotych netto (na rękę).
    ...........

    Za zbytni optymizm nauczycieli przepraszam. Jednak zarabiają znacznie mniej na godzinę niż podałem poprzedni, bo tekst ten poprzednio brzmiała tak:

    ............
    Wychodzi z tego, że za swoje 46 godzin w tygodniu, dostaje 4003 złote brutto czyli 2855 na rękę i jest to średnio za jedną roboczogodzinę odpowiednio 87 złotych brutto albo 62 złotych netto (na rękę).
    ............

    Pozdrawiam wszystkich
  • @bez kropki
    Nauczyciele też już nie mają prawa do strajku odkąd są urzędnikami państwowymi. Dostali marchewkę ale i kij.

    Pozdrawiam
  • @MisQot - Do każdego jego językiem;> b.t.
    .
  • @Milton Ha- każdy porządny inżynier tak ma:):
    mosty buduje, dzieci uczy;), lata (pilotuje), tańczy, śpiewa, językami gada, także poezje:), świat poznaje, hobby ma różnorakie. Taka po prostu natura tej rzeczy:).
    Że kiedyś myślał, że do niczego...? A kiedyś, to było tak, że szkoła (ta za komuny, teraz jest tylko ciut ianczej) starannie wyławiała jednostki uzdolnione i jak nie miały stosownego pochodzenia, to je równie starannie gnoiła. Lepszy nazdór i gnojenie miały tylko osoby obdarzone wrodzonymi zdolnościami przywódczymi. Teraz szkoła stosuje innego typu urawniłowkę - nie tak szkodliwą, ale też niefajną - wszyscy "do jednej sztancy" i najlepiej, żeby to było MWzDM:). Nieliczni wybitni nauczyciele są ponad tym schematem.
  • @Milton Ha - jak będzie za późno, to
    potem może być już tylko lepiej:). jak ten system upadnie i sam zdechnie pod własnym ciężarem, przy niwielkim wysiłku z naszej strony, to nikt z nas płakać nie będzie;). Trzeba "tylko" dopilnować, żeby nowe nie było głupsze. W tym celu kształcić dzieci na tajnych kompletach. Dixi.
  • @bez kropki
    Taaaaa, inżynier, to kiedyś był gość!
    Tak jak lekarz, prawnik, czy nawet kolejarz...
    a dzisiaj, popatrz, co to to się porobiło...
    I tylko zgrzytać zębami przychodzi, że to się nie porobiło samo, bo samo, to tylko "grzmi samo i błyska się samo".

    Pozdrawiam
  • @bez kropki
    Amen.
  • Oświata
    Poruszyłeś (poruszyliśmy) temat bardzo złożony. Jest w nim mnóstwo kwestii, które wymagają odrębnego omówienia, dyskusji. Piszesz o nich Ty, bez kropki, MisQuot,ja: awans zawodowy, zróżnicowanie pensji i pensum w zależności od nauczanego przedmiotu, system oceny nauczycieli, dyrektorów, wybór dyrektorów, nauczanie w domu, poprawa jakości kształcenia (rodzaje szkół, beznadziejny poziom egzaminów maturalnych itp.) i wiele innych. Wydaje mi się, że istotą naszej dyskusji jest pokazanie, że cały system szkolnictwa jest w tragicznej sytuacji, a to eldorado polskich nauczycieli jest mitem.
    Aha! Przypomniał mi się teraz jeszcze jeden temat. Być może jest on bliski dla bez kropki, gdyż dot. kierunków technicznych. Otóż pamiętacie Państwo, że ileś lat temu robiło się pracę dyplomową i po jej obronie otrzymywało się stopień technika. Dzisiaj, kiedy nieustannie się powtarza w salonowych mediach, że brakuje pracowników z wykształceniem technicznym, obowiązuje egzamin państwowy. Jest on tak skonstruowany, że promuje teoretyków i pozwala go zdać zaledwie ok. 30% kończących technika. Czy jest to działanie na korzyść państwa? Pozdrawiam
  • Autor
    Pan wogóle nie ma pojęcia jak ludzie ciężko pracują, ile godzin w innych zawodach i jest to norma, a nie wyjatek.
    To łatwo udowodnić. Wystarczy przeprowadzić badanie czasu pracy, i czasu potrzebnego na wykonanie poszczególnych czynności. Takie badania się robi.
    W mojej rodzinie mam nauczycieli i wiem o czym mówię.Często od nich słyszę, że nigdy by się nie zgodzili tak ciążko pracować, jak my z mężem, w innych zawodach.
    W wakacje i ferie też pracują głosem?
    Nie liczy Pan tego przywileju.
    Jednak przejdźmy do rzeczy. To przekonanie i praktyka, iż pracę nauczycieli bedą oceniać tylko nauczyciele, sędziów inni sedziowie, prokuratorów inni prokuratorzy i tak dalej , powoduje,że w Polsce wszystko funkcjonuje żle.To ja odbiorca tych działan i jednocześnie płatnik mam prawo oceniać, bo one mnie dotyczą i są świadczone na moją rzecz w tym przypadku na rzecz moich dzieci.Natomiast każdy komu się dany zawód wydaje zbyt trudny może go zmienić na lepszy.
    Rodzice jak najbardziej mają prawo oceniać pracę nauczycieli i kryteria sa dość proste. Chociażby czy uczniowie tej klasy mają szanse dostać się na wyższe uczelnie itd.
    Nauczycieli należy wyposażyć w możliwości wyegzekwowania na lekcji dyscypliny, stosownych wymagań w stosunku do ucznia.
    Nie jest prawdą, iż rodzice bedą lepiej oceniać nauczycieli mało wymagających i stawiających wyższe oceny bez pokrycia. To jest demagogia.
    Oczywiście ocena nauczyciela nie powinna w całości zależeć od rodziców. To nie jest trudne do wprowadzenia w zycie. Ustalenie kryteriów oceny.Na pewno nie pozwolę, aby mi odebrano prawo do oceny nauczyciela.
    Jego brak przygotowanie do lekcji, fakt nie dokonywania żadnych sprawdzianów, nie dotrzymywania słowa,fatalny stosunek do ucznia ( krzyk zamiast stanowczego i spokojnego wyjaśnienia zarzutów uczniowi, poniżanie przez uzywanie obraźliwych, ośmieszających okreleń pod adresem ucznia ) zawsze będę negatywnie oceniać.I mam do tego niezbywalne prawo.
    Ja nie popieram działań tego rządu. Jednakże zachowanie stanu dotychczasowego jest nie do przyjęcia.
    Czy należy dołożyć godzin pracy dobrym nauczycielom? To należy dokładnie zbadać, porównać do czasu pracy nauczycieli w innych krajach, do możliwości budżetowych i do czasu pracy w innych zawodach. To znaczy korelacji między faktycznym czasem pracy w zawodzie nauczyciela z faktycznym czasem pracy w innych zawodach i zarobkami. Będzie wiadomo ile powinna kosztować godzina pracy nauczyciela.Tylko do tej oceny trzeba policzyć uczciwie czas pracy w tych innych zwoadach, tę konieczność stałego dokształcania się w swoim wolnym czasie, wykonywania pracy poza godzinami. To co nauczyciele liczą do swojego czasu pracy, a pracodwacy tych innych zawodów nie.
  • @wiktoria - bingo.
    .
  • Autor
    Chcę jeszcze dodać , iż całkowicie zgadzam sie z autorem co do potrzeby zmniejszenia liczebności klas.
    Tylko w ten sposó można, przy dobrych nauczycielach podnieść poziom wiedzy uczniów,zapewnić lepsze oddziaływanie wychowawcze nauczyciela,poprawić warunki pracy nauczycieli i uczniów. To wszystko jest w intersie równiez rodziców, społeczeństwa.
    Rodzice nie sa zadną przeszkodą, nie wolno tak do sprawy podchodzić.
    Mamy wspólny interes i trzeba szukać porozumienia. Podział jest w interesie władzy. Każda ze stron musi wysłuchać racji drugiej i poszukać dróg wyjścia.
  • @wiktoria
    Wiktorio, o tym ilu uczniów bedzie w klasie decyduje organ prowadzący szkołę-gmina (szkoły podstawowe i gimnazja) lub starostwo (szkoły ponadgimnazjalne). Jeżeli więc w ramach oszczędności ma być w klasie nie mniej niż 30-32 osoby, to jak możemy mówić o nauczaniu w ogóle. Pobożne życzenie? Może nie-rodzice powinni się organizować i protestować. Znam przykład roziców, którzy wywalczyli powrót do trzech klas ogólniaka z dwóch. Najpierw były trzy, ale starostwo w ramach oszczędności zrobiło dwie, prawie 40osobowe (!). I rodzice powiedzieli Nie! I wygrali. Pozdrawiam.
  • @wiktoria
    Pani Wiktorio
    Musze podzielić odpowiedź na Pani wpis na kilka części.
    Część pierwsza. Odniosę się do pani zarzutu dotyczącego mojej niewiedzy, choć nie wiem na jakiej podstawie wysnuła Pani wniosek, że wiedzy w tym zakresie nie posiadam. Napisała bowiem pani:
    „Pan wogóle nie ma pojęcia jak ludzie ciężko pracują, ile godzin w innych zawodach i jest to norma, a nie wyjatek.
    To łatwo udowodnić. Wystarczy przeprowadzić badanie czasu pracy, i czasu potrzebnego na wykonanie poszczególnych czynności. Takie badania się robi.”
    Po pierwsze pojęcie mam doskonałe gdzie się ile pracuje, jak ciężko oraz co to jest badanie czasu pracy bo sam to robiłem w jednej z firm którą zarządzałem (i chyba jest to opisane w którejś z odpowiedzi). Znam wszystko z własnego doświadczenia bo pracowałem na wielu stanowiskach poczynając od robotniczego przy piecu hutniczym od 4 rano czy w rolnictwie przy pielęgnacji sadów, poprzez handlowca, konsultanta, inżyniera, zmianowego, przedstawiciela handlowego, kierownika projektu, informatyka, dyrektora handlowego, głównego księgowego, dyrektora zarządzającego, oraz byłem właścicielem jednej małej i współwłaścicielem dużej firmy. Zarządzałem zespołami od 1 do 300 osób. W pracy zadaniowej, dniówkowej, projektowej czy w ruchu ciągłym wielozmianowym. Pracowałem również w szkolnictwie tyle, że jako wykładowca na uczelni. Dlatego mogę spokojnie powiedzieć, że wiem na temat tego jak ciężko się pracuj bardzo dużo.
    Robiłem badanie i normowanie czasu pracy w firmie gdzie byłem dyrektorem zarządzającym, gdyż po podpisaniu kontraktu z Niemcami, wprowadzaliśmy ich normy, których nasi pracownicy nijak nie mogli wypełnić i ciągle byli stratni. Niemieckie czasy były bowiem ok. dwa razy krótsze na wykonanie poszczególnych czynności niż polskie. I powiem szczerze, że pracownikom wydawało się, że i tak pracują bardzo ciężko a po opomiarowaniu i jawnym pokazaniu czarno na białym jak pracują, okazało się, że normy niemiecki są bliższe prawdy a praca naszych pracowników była po prostu kiepska i dużo czasu zajęło mi takie przeorganizowanie procesów oraz zespołu pracowników aby osiągnąć cel czyli dobry produkt, dobry czas wykonania i dobre koszty wytwarzania a co za tym idzie właściwe środki na wynagrodzenia aby nie było gorzej niż przed wdrożeniem kontraktu niemieckiego.
    Osobiscie również pracowałem w wielu firmach i an wielu stanowiskach bardzo ciężko i czasem po 16 godizn dziennie przez długie okresy czasu, nawet, przy projektach wdrożeniowych, bywały spiętrzenia np. 3-4 doby non-stop. Wiem co to ciężka praca i jak ją wyceniać.
    Dlatego wiem, czy moja żona pracuje ciężko czy nie. Wiem ile czasu poświęca na pracę i czy jest to dużo czy mało. Sam osobiście robiłem pomiary jej czasu pracy. Jednak cały mój post nie jest o tym, że nauczyciele pracują ciężej niż inni, ale że pracują tyle samo. Tymczasem wszyscy próbują udowodnić, że pracują jedynie 18-20 godzin w tygodniu i z tym kłamstwem ja walczę tym postem. Tyle w pierwszej części odpowiedzi.
    Jeszcze do tego akapitu:
    „W mojej rodzinie mam nauczycieli i wiem o czym mówię.Często od nich słyszę, że nigdy by się nie zgodzili tak ciążko pracować, jak my z mężem, w innych zawodach.
    W wakacje i ferie też pracują głosem?”
    Nie liczy Pan tego przywileju.”
    Uważa Pani za przywilej takie długie wakacje to proszę się zamienić. Udowodniłem, że wyliczony czas pracy, to czas rozliczony na 46 tygodni , czyli tak jakby nauczyciel miał zwykły 26 dniowy urlop plus inne dni wolne tak jak inni pracujący. Bo gdyby rozliczać czas pracy mojej żony na 40 tygodni, czyli ten czas który spędzają w szkole, a reszta to wakacje, ferie , święta itd., to tygodniowy czas pracy wyniesie prawie 57 godzin czyli ponad 10 godzin dziennie. W rodzinie żony jest wielu nauczycieli ale są tez osoby pracujące w innych zawodach i tam wszyscy mówią, że nigdy by się nie zamienili i nie poszli pracować do szkoły. W związku z tym to co mówią osoby w Pani rodzinie przeciwstawiam temu co mówią oni. Czy to coś udowadnia? Nie, bo nie o to chodziło by udowodnić, że ktoś pracuje ciężej, tylko by udowodnić, że nauczycielski czas pracy jest taki sam, podkreślam TAKI SAM, jak w innych ciężkich zawodach. Dlatego wynagrodzenie nie jest nauczycielom dawane za darmo tylko za taką samą ciężką pracę jak w innych zawodach. Z mojego doświadczenia wynika, że pracując tak ciężko, jak przykładowo Pani czy Pani mąż (tak wnioskuje z pobieżnego opisu ), osoby tak pracujące otrzymują raczej większe wynagrodzenie niż nauczyciel, który pracuje tak samo ciężko. ale znowu podkreślam jeszcze raz nie chodzi o wynagrodzenia, tylko o uznanie faktu, że wymiar czasu pracy nauczyciela jest porównywalny z innymi trudnymi i czasochłonnymi zawodami.
  • @wiktoria
    Teraz druga część odpowiedzi. Dotyczy dokonywania oceny nauczycieli.
    Po pierwsze, nigdzie w tekście nie napisałem, że :
    „… To przekonanie i praktyka, iż pracę nauczycieli będą oceniać tylko nauczyciele, sędziów inni sędziowie, prokuratorów inni prokuratorzy i tak dalej , powoduje, że w Polsce wszystko funkcjonuje żle.”
    W ogóle w tekście tego nie ma. W komentarzach jest natomiast moje zdanie, na ten temat, takie:
    Do „bez kropki”
    …. Jeżeli uczniowie danego nauczyciela zdobywają nagrody na konkursach, jeżeli ich wyniki z oficjalnych testów i egzaminów jak choćby testy szóstoklasistów czy test gimnazjalny czy wreszcie matury dają wyniki lepsze niż przeciętne w szkole, regionie czy nawet w kraju, to znaczy, że nauczyciel jest dobry, bo z jego nauczania odnoszą oni wymierną korzyść a przez to będą mieli w życiu łatwiej. Są tylko dwa warunki:
    Nauczyciel musi chcieć.
    Uczeń musi chcieć.
    Wszystko inne zależy od wiedzy i zdolności tego pierwszego oraz od uzdolnień i wytrwałości tego drugiego.
    Da się to wszystko dość dobrze zmierzyć i tego należy używać w ocenie nauczyciel z pewnym małym zastrzeżeniem. Czasami trafia się taka klasa, że nawet orzeł nad orły nic nie pomoże. Ale to już tak bywa. Demografia i statystyka. Czemu ministerstwo ma inny pomysł? Nie wiem.
    Napisałem również, niestety w tej ilości komentarzy nie mogę teraz tego znaleźć, że ocena winna iść tą drogą:
    Uczeń-Dyrektor-Rodzice plus wyniki z testów, oficjalnych badań wyników nauczania itd. Z zastrzeżeniem, że ocena ucznia jest najmniej istotna a ocena rodziców nie może się opierać na ich przekonaniu lub obiegowej opinii środowiska, że ten nauczyciel jest dobry bo „tak mówią na mieście”
    Generalnie pisałem jednak, że ocena pracy nauczyciela jest trudna i konia z rzędem temu kto wymyśli dobry system.
    Piszesz też, że:
    „To ja odbiorca tych działan i jednocześnie płatnik mam prawo oceniać, bo one mnie dotyczą i są świadczone na moją rzecz w tym przypadku na rzecz moich dzieci.Natomiast każdy komu się dany zawód wydaje zbyt trudny może go zmienić na lepszy.
    Rodzice jak najbardziej mają prawo oceniać pracę nauczycieli i kryteria sa dość proste. Chociażby czy uczniowie tej klasy mają szanse dostać się na wyższe uczelnie itd.”
    Teraz, kiedy o przyjęciu na studia decydują wyniki z egzaminu maturalnego i oceny z niektórych wybranych przedmiotów, ale zwykle nie, to ocena czy nauczyciel jest dobry czy nie, przez ten pryzmat, jest oceną błędną. Wynika to z faktu, że matura jest egzaminem specyficznym i do elementu wiedzy, która uczeń posiadłą lub nie (tu też zależy to od ucznia i nauczyciela a nie tylko od nauczyciela) dochodzi jeszcze element, którego w szkołach nie uczą i nie wyćwiczy się jedną maturą próbną. Chodzi o umiejętność radzenia sobie ze stresem podczas takiego egzaminu a to przecież może znacznie rzutować na wynik tego egzaminu. Dlatego nieprawdą jet to co piszesz, że po tym czy uczniowie danego nauczyciela dostają się na studia czy nie można tego nauczyciela obiektywnie ocenić. Można jedynie domniemywać ale bez pewności.

    Tyle w części drugiej
  • @wiktoria
    Cześć trzecia. Utrzymywanie dyscyplina a posiadane narzędzia.
    Rzeczywiście nauczycieli trzeba wyposażyć w narzędzia do dyscyplinowania uczniów Jedno już jest. Nauczyciel jest już urzędnikiem państwowym.
    Napisałaś:
    „Nie jest prawdą, iż rodzice bedą lepiej oceniać nauczycieli mało wymagających i stawiających wyższe oceny bez pokrycia. To jest demagogia.”
    Gdzie to u mnie przeczytałaś. Ja nic takiego nie napisałem. Wiec nie pisz o demagogii bo ja jej nie uprawiam. Posługuję się jedynie merytorycznymi argumentami i faktami,które mogę w każdej chwili udowodnić.
    Napisałaś:
    „Oczywiście ocena nauczyciela nie powinna w całości zależeć od rodziców. To nie jest trudne do wprowadzenia w zycie. Ustalenie kryteriów oceny.Na pewno nie pozwolę, aby mi odebrano prawo do oceny nauczyciela.
    Jego brak przygotowanie do lekcji, fakt nie dokonywania żadnych sprawdzianów, nie dotrzymywania słowa,fatalny stosunek do ucznia ( krzyk zamiast stanowczego i spokojnego wyjaśnienia zarzutów uczniowi, poniżanie przez uzywanie obraźliwych, ośmieszających okreleń pod adresem ucznia ) zawsze będę negatywnie oceniać.I mam do tego niezbywalne prawo.”
    O tym też nie pisałem ani słowa i źle się czuję z tym że do mnie kierujesz te słowa, ale skoro już poruszasz ten temat to, o ile wiem, nikt nikomu ani nie zabrał ani nie zamierza zabrać takich uprawnień. Te uprawnienia rodzice mają od zawsze. Tylko niewielu z nich korzysta. Ja natomiast dostrzegłem zupełnie inny problem, który jest skrajnością do postawy jaką Ty, jako rodzic, prezentujesz, na marginesie, bardzo prawidłowej postawy. Otóż wyobraź sobie, że znaczna większość rodziców całkowicie nie interesuje się tym co się dzieje w szkole, jakie wyniki mają ich dzieci, czy chodzą do szkoły czy nie, co mają zdane i czy odrobili lekcje, czy się uczą a jeżeli już to czy się nauczyli i czego się nauczyli. Nie interesuje ich jak chodzą do tej szkoły ubrane czy mają coś do zjedzenia na drugie śniadanie ani czy w ogóle śniadanie jedli przed wyjściem z domu. Niejeden raz żona oddawała głodnemu dziecku swoje własne śniadanie, bo rodzice zapomnieli że mają dziecko. Rodzice nawet na wezwania szkoły nie zjawiają się aby to wszystko usłyszeć. Nie otwierają drzwi, kiedy żona idzie sprawdzić czemu dany delikwent nie pojawia się w szkole. A przecież nie musiałaby tego robić. Na porządku dziennym są sytuacje, że rodzice nie kupują dzieciom książek do szkoły. Raz z biedy ale często z powodu zaniedbania swoich obowiązków. Zresztą w tekście jest szeroko na ten temat więc nie będę się powtarzał. I tacy rodzice mieli by oceniać pracę nauczyciela a ich zdanie miałoby być decydujące? Byłaby to, wg mnie, ocena co najmniej wątpliwej jakości.
    Dlatego ocena tak, częściowo zależna od rodziców tak. Gorzej z tym jak to wprowadzić w życie aby uniknąć ocen niesprawiedliwych lub wyssanych z palca.

    Tyle w części trzeciej.
  • @wiktoria
    No i na koniec. Dołożyć czy nie dołożyć im roboty?

    Napisałaś:
    „Czy należy dołożyć godzin pracy dobrym nauczycielom? To należy dokładnie zbadać, porównać do czasu pracy nauczycieli w innych krajach, do możliwości budżetowych i do czasu pracy w innych zawodach. To znaczy korelacji między faktycznym czasem pracy w zawodzie nauczyciela z faktycznym czasem pracy w innych zawodach i zarobkami. Będzie wiadomo ile powinna kosztować godzina pracy nauczyciela.Tylko do tej oceny trzeba policzyć uczciwie czas pracy w tych innych zwoadach, tę konieczność stałego dokształcania się w swoim wolnym czasie, wykonywania pracy poza godzinami. To co nauczyciele liczą do swojego czasu pracy, a pracodwacy tych innych zawodów nie.”

    Nauczycielskie szkolenia, wszystkie, a więc zarówno wewnątrzszkolne jak i regionalne (kuratoryjne, z CKN czy ZDN) czy komercyjne, dotyczące zmian programowych i ich ujęcia w nowych podręcznikach, odbywają sie wyłącznie po godzinach pracy i najczęściej w dni wolne. Nie wiem skąd masz jakieś inne wyobrażenie. Jak to wliczyłem (tylko częściowo) do czasu pracy i wyszło mi wtedy te 57,5 godziny tygodniowo, czyli 230 godzin miesięcznie. Przy normie 176 w „zwykłej robocie”. Dodajmy teraz te szkolenia o których piszesz i samokształcenie w każdym zawodzie i znowu wyjdziemy na to samo, czyli, że w zawodach, gdzie wymagana jest uczciwa, dobra praca wykonywana na wysokim poziomie umiejętności , średni czas pracy w miesiącu jest podobny. A wynagrodzenia już niekoniecznie, choć osobiście twierdzę, że nauczyciele aktualnie nie mogą narzekać na jakieś wyjątkowo niskie uposażenie. Jednak uczciwie na nie pracują.
    A co do szkoleń w innych zawodach to doskonale wiem jak się one odbywają, bo odbyłem w swojej karierze co najmniej 30 szkoleń na dobrym wysokim poziomie merytorycznym z wielu zagadnień i prowadzonych przez renomowane firmy. 30 szkoleń przez 20 lat. czyli średnio 1,5 szkolenia rocznie, co daje nie więcej niż ok. 7-8 dni czyli ok. 60 godzin w roku na szkolenia. Jak dodam do tego samokształcenie to i tak nie wyjdzie tego więcej niż dalsze 100 godzin. Razem 160 godzin czyli jakieś 3-4 tygodniowo. Noto z 42,5 wychodzimy na 47 tygodniowo. Wezmę jeszcze robotę do domu na dwie godziny dziennie i wyjdziemy na 57 godzin tygodniowo, czyli tyle samo co nauczyciel. Tyle, że ja przy takiej pracy zawsze zarabiałem od półtora do sześciu razy więcej niż moja żona. Pewnie dlatego, że miałem większą odpowiedzialność i zarządzałem ludźmi od kilku do kilkuset osób. Ale nauczyciel bierze też odpowiedzialność za około setkę dzieci rocznie. Za ich wiedzę, za ich psychikę, za ich start w życie, za ich szanse na przyszłość. To nie jest wcale mała odpowiedzialność.
    Dlatego roboty bym im nie dokładał, ale bym zrobił wszystko, aby moje dziecko uczyło się w klasie 15 osobowej a nie 30 osobowej. Tylko po to by rzeczywiście miało szansę na dobra przyszłość….

    Tyle na koniec.

    Pozdrawiam
  • @bez kropki
    Nie takie bingo. Przeczytaj moje stanowisko. Autorka trochę podbarwia, żeby zaognić dyskusję.
  • @wiktoria
    Otóż to.
    Tu się zgadzamy całkowicie.

    Pozdrawiam
  • @Mirek
    Dopóki rodzice nie będą mieli nic do powiedzenia w tych sprawach a decydować będzie rachunek ekonomiczny, to nic się nie zmieni na lepsze a wyłącznie na gorsze.
    Trzeba jednak też zdać sobie sprawę, że pieniądze na to, jeżeli się znajdą to z naszych, czyli z rodziców kieszeni bo redukcja etatów tu nic nie da a raczej przeszkodzi w realizacji zmniejszenia liczebności klas.

    Pozdrawiam
  • @Milton Ha - Ma wiele racji co do ogólnych zasad. b.t.
    .
  • @bez kropki
    Tak i tam gdzie to było możliwe tę rację jej przyznałem ale przyznasz też, że powoływanie się na coś czego nie napisałem to nie jest dobry sposób aby być przekonującym.
    Przynajmniej na mnie to nie działa.

    Pozdrawiam
  • @Milton Ha pewnie już po dyskusji, ale
    czy tak naprawdę ja zmieniłem temat, czy Ty odpowiedź

    bycie nauczycielem zobowiązuje,

    w dawnych czasach nauczyciel cieszył się szacunkiem nie dlatego, że cudze dzieci uczył, ale dlatego, że umiał wyrażać światłe opinie na różne tematy życia codziennego, był pewnym autorytetem,

    a więc mi nie chodziło o to, że w Polsce też i emerytów grabią, tylko o to, że nauczyciele to przełknęli bez zmrużenia oka,

    a więc jeśli terez państwo traktuje ich niesprawiedliwie, to zwłaszcza oni nie zasługują na współczucie, bo od nauczycieli trzeba wymagać więcej.

    To właśnie oni powinni przypominać,
    że dzwon bije TOBIE, mimo, że Ci się wcale nie wydaje.
  • @interesariusz
    Miałem na myśli Twoje odnośniki do emerytów i kto kogo finansuje i z czego a to już inna (trochę) bajka, bo co mieli ci biedni nauczyciele zrobić w tej sprawie. Pogonić rząd rzucając w niego kredą tablicową.

    Ten dzwon bije TOBIE w tak szerokim znaczeniu, że trudno jednoznacznie powiedzieć, że dzisiaj temu a jutro innemu. Zawsze nam.

    Pozdrawiam

    PS
    Jak widzisz po wpisach, to dopiero dzisiaj była ostra dyskusja. Nie dalej jak godzinę temu trochę wyhamowało. Wszyscy mieliśmy już trochę dosyć. Ja tu dzisiaj spędziłem z 10 godzin przy kompie i chyba zaraz mnie odwiozą na sygnale. Zaraz znikam.
  • Witam!
    Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam post oraz komentarze(te, przyznaję bez bicia, dość pobieżnie).

    Podjęta tematyka dotyka mnie osobiście, gdyż jestem nauczycielką z niespełna dwudziestoletnim stażem w oświacie, skończyłam uniwersytecką polonistykę, pracuję w szkole podstawowej - znam zatem większość bolączek szkolnictwa.
    Wiem dobrze, że każdy zawód ma swą specyfikę, toteż bynajmniej nie zamierzam się z kimkolwiek porównywać.

    Pozwolę sobie teraz na kilka uwag.

    1. Nie potrafię wyliczyć swego czasu pracy tak precyzyjnie, jak uczynił to Autor.

    2. Zarobki na podst. paska:
    etat 18/18 - 2223,33 + 330 (spłata raty)
    ponadwymiarowe 26 + 2 godz. zastępstw = 728,54 zł
    Razem niemal 3,3 tys. zł.
    Mam w tym roku 4 ponadwymiarówki w tygodniu i 3 godziny nauczania indywidualnego: wyjątkowo dużo.
    Tu uwaga - uczę w szkole, w której jest kilka równoległych klas, kilku polonistów, co skutkuje rotacją w przydziale liczby godzin.

    3. Nie wiem, jak polonista może dorobić. Tzn. wiem, ale nie wierzę, by miał siłę, aby porządnie uczyć i na zajęciach, i podczas udzielania korepetycji.
    Nawiasem mówiąc, szukałam ostatnio wśród znajomych licealnego polonisty, który podjąłby się przygotowania do matury na poziomie rozszerzonym córki koleżanki. Nie znalazłam. Takich mam znajomych ;)
    Usłyszałam, że wolą porozmawiać z bliskimi, przeczytać coś, napisać, odpocząć.
    Sama niechętnie udzielam lekcji i to tylko znajomym w ramach przysługi, konkretnie, lecz sporadycznie.

    4. Kilka lat temu przyjęłam na praktykę swojego wychowanka. Kwoty, jaką płaciła uczelnia, nie pamiętam, z pewnością nie była oszałamiająca, ale nie to jest istotne. Spotkałam rok temu tegoż chłopaka - już absolwenta. Pochwalił się magisterium z wyróżnieniem. Pracuje w salonie meblowym. Na etat w szkole nie ma szans, czego jest świadomy. Kurtuazyjnie powiedział mi, że w szkoła pełna jest młodych nauczycieli. Fakt, w mojej średnia wieku oscyluje wokół 44 lat, to jeszcze 15 do emerytury i ew. wymiany kadry.

    5. Bunt.
    Powiem szczerze: nauczycielstwo to po trosze, jakby to śmiesznie nie zabrzmiało, misja, posłannictwo, powinność.
    W moim przypadku pierwsze 10 lat - idealizm, potem przystosowanie. Następnie Giertych.
    Mam żal do PiS-u, że nie wyznaczył na to stanowisko kogoś ze swych szeregów, ale mam też świadomość, dlaczego tak mogło się stać. Po rozwiązaniu koalicji ministrem został prof. Legutko, lecz dokonywane przez niego i jego zespół zmiany były pospieszne i chyba nieprzemyślane (mam na myśli przede wszystkim listę lektur, nad którą nie będę się tutaj rozwodzić).
    Potem nastała min. Hall - minister z PO, partii, której spory elektorat nauczycielski - nawet na moim zacofanym Podkarpaciu - ufa.
    Mając okazję uczestniczenia w konferencjach pod patronatem p. minister, zauważyłam, iż ministerstwo stało się zakładnikiem instytucji: wydawnictw edukacyjnych, UE.
    Liczą się pieniądze. Rynek podręczników. Rynek szkoleń, w tym ogólnie rzecz ujmując, egzaminacyjnych. To tłumaczy pęd do przekształceń kuratoriów oświaty, OKE w inne jednostki - UE ma pieniądze do wzięcia.
    Jaki bunt w tym kalejdoskopie, skoro trzeba pilnować zaleceń, przepisów, papierków, dostosowań?
    Bunt to sprawa przede wszystkim finansów, co zostało przewidziane (także w zapowiedziach o podwyżkach od września 2011).
    Mam iść ramię w ramię z ZNP = SLD?
    Poczekam.

    6. Ocena pracy nauczyciela.
    Obrazek pierwszy:
    Spotykam matkę byłej wychowanicy. Mówi mi, że poprosiła obecną wychowawczynię o nr telefonu. Ta dziwnie się na nią popatrzyła.
    Ja wczoraj przez pół godziny rozmawiałam przez prywatny telefon z mamą jedenastolatki. A mogłam nie podać obydwu prywatnych numerów na pierwszej wywiadówce.
    Podawać czy nie? Czy ma to wpływ na ocenę pracy?

    Obrazek drugi:
    Polonista XY ma etat, mimo że od lat choruje, choć chyba powinnam napisać "choruje". Po sporadycznych, acz koniecznych powrotach do pracy krytykuje osoby, które go zastępowały, po czym znów "choruje". Inne nauczyciel, przyjęty na zastępstwo, po kilku latach nie ma ochoty szarpać etatu.
    Nóż się w kieszeni niektórym otwiera, cóż, kiedy ten przyjęty na stałe nauczyciel ma takie a nie inne nazwisko, tożsame z nazwiskiem w urzędzie miasta/kuratorium/ministerstwie (niepotrzebne skreślić).
    Dyrektor może wystawić negatywną ocenę pracy, ale jakoś od kilku lat trwania tego cyrku nie wystawia.
    Jakieś wnioski?

    7. Bardzo lubię moją pracę, bo jest za co. Mimo wszystko.

    PS Przepraszam za chaotyczność, lecz temat jest zbyt obszerny.

    PS 2 Pozdrawiam dyskutantów, szczególnie zaś polonistów, a przede wszystkim B. (MisQot wie).

    Agnieszka
  • @Milton Ha - Ja mówię o zasadach a nie
    o tym JAK toprzedstawiał,napisała. Rozumiesz, zgadzam się z nią co do pryncypiów. Nie będę się jednak odnosić do spraw pomniejszych (typu rodzaj użytej argumetnacji). Mnie to po prostu, daruj, nie obchodzi. Nie w tym kontekście i nie w tej sytuacji (w uproszczeniu mówiąc).
  • @AgnieszkaZet
    Pani Agnieszko

    W zasadzie tu nic nie ma do komentowania, bo przedstawiła Pani sytuację taką jaka jest. Gorzej, że wiele z pokazanych patologii wynika z położenia nacisku na inne priorytety niż kształcenie i wychowanie.

    Pozdrawiam
  • @bez kropki
    Skąd zatem biorą się zasady?
    Z krytycznej oceny wielu szczegółowych zdarzeń.
    Ja pokazuję szczegóły.
    Zasady są złe.
    Dlatego w dyskusji jest szansa aby spróbować je zmienić.

    Pozdrawiam
  • @Milton Ha - Znowu przestajemy się rozumieć.
    A może po prostu za bardzo się różnimy.
    W szczególności chodziło mi o to, że Wiktoria powiedziała prawdę (co do ogólnych zjawisk, co do zasad). Może brutalną, może gorzką, ale prawdę.
    I co pryncypiów popieram Wiktorię w pełni. Dyskusja co do szczegółów nie wydawała mi się istotna - omówiliśmy pewne rzeczy na przykładach, wiemy więc co to drugie na dany temat sądzi. Rozdrabnianie się, powtarzanie nie miałoby sensu, skoro milcząco możemy założyć, że wiemy, co on/ona sądzi na dany temat szczegółowy.

    Teraz kolejna uwaga: wg mnie w dyskusji NIE mamy szans niczego zmienić. Potrzebne są działania. To nauczyciele powinni je podjąć, w porozumieniu z rodzicami, a bez drażnienia innych, mniej uprzywilejowanych (nie bójmy się tego słowa) grup zawodowych. Nadrzędnym celem powinno zaś być kształcenie (w drugim rzędzie wychowanie) młodzieży a nie samo tylko materialne powodzenie nauczycieli.
    Tzn. dla mnie wygląda to tak: małe klasy sprzyjają lepszej nauce. PRZY OKAZJI nauczyciel zyskuje komfort pracy.
    "Giertychówki" (lub inne rozwiązania pozwalające REALNIE karać "karafiołów") skutkowałyby tym, że chuligani baliby się znęcać nad słabszymi i nauczycielami. PRZY OKAZJI nauczyciele zyskaliby "bat" na grandziarzy rozwalających proces edukacyjny, jaki nauczyciel prowadzi wobec całej klasy. Itd.
    Dobra, dość dygresji. Wg mnie zatem, to od nauczycieli powinny wyjść propozycje działań. Na początek niechby akcja "podpisy pod petycją o zwolnienie p. Hall". - Przy oakzji takiej akcji istnieje możliwość szerszego przedstawienia społeczeństwu problemów oświaty (uwaga: oświaty na 1-szym miejscu a na drugim nauczycieli).
    W dyskusji to my możemy tylko i wyłącznie być kuźnią pomysłów i/lub poligonem doświadczalnym przed (oby przygotowywaną) dysputą społeczną. Z dyskusji u siebie wiesz, czego oczekują rodzice i co murem poprą. Z dyskusji u Mirka wiesz, co spowoduje oblewanie nauczycieli kwasem i podpalanie ich aut;). - Wykorzystaj to teraz dla dobra sprawy.
  • Nauka bez szkoły
    Osobiście mam już dzieci dorosłe , ale gdybym miała powtarzać to jeszcze raz to korzystając z możliwości jakie daje polskie prawodawstwo nigdy w życiu nie posłałabym dzieci do szkoły, tylko uczyłabym je sama na własną odpowiedzialność. Co wszystkim polecam. Wcale nie wychodzi dużo drożej, a doświadczenia amerykańskie pokazują, że dużo skuteczniej. Tyle, że jest trochę zachodu. Ale jak się chce być odpowiedzialnym za własne dzieci to ze szkołą też jest niemało kłopotów.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

ULUBIENI AUTORZY

więcej